gdzieś na szczycie góry

barykady zmiękły a serce ciągle płonie

Ten rok zafundował już tyle pokręconych historii, że nie bardzo jestem w stanie tego wszystko opisać. Emocjonalnych bomb nie brakowało… Kilka z nich czeka na warsztacie do spisania. Niektóre zapewne zostaną już tylko w mojej głowie. Tak na szybkiego jedną spróbuję jednak przypomnieć… Dosyć odległą czasowo, bo ten kilkudniowy wypad był już dłuższą chwilę temu. Niestety mam spore trudności, by wyrobić się na bieżąco. Ale jest po prostu na tyle fajnie, że nie chcę tego przerywać. Opisanie bowiem niektórych historii wiąże się z poświęceniem na to trochę czasu.

A więc cofam się wstecz aż do maja.

Innerdalstårnet

Wtedy to bowiem zebrało się nas czterech.

lepszy pojebany facet niż nudny

Oprócz mnie było dwóch zawodników z którymi moje ścieżki skrzyżowały się tutaj. Na takich ludków jak Michał i Rysiek całkiem dobrze było trafić…

Poza tym był jeszcze jeden – Damian – dla niektórych wciąż znany jako Gumiś. Przyfrunął sobie z Polski, gdzie spędza większość czasu. O tym kim jest i co mnie z nim łączy pisałem pokrótce tutaj. Wtedy też po kilkunastu latach wróciliśmy wspólnie w góry. Tego dnia poszliśmy sobie na słowacki Welky Krivan. Przy okazji opisywania tejże historii przypomniałem co nieco jak wyglądało nasze dzieciństwo i wczesna młodość. I góry.

okolice Stryn

A czytając kiedyś pewien tekst, który Piotr C (ten od Pokolenie Ikea) napisał –
“Są dwa etapy znajomości. Tworzenie historii i wspomnienia. My pomimo iż mamy trochę wspomnień, to nadal tworzymy historie. A to rzadkie po trzydziestce“ pomyślałem sobie, że u nas też jest podobnie. Tak więc Damian to kumpel z którym pomimo iż drogi się dawno temu rozeszły, to nadal kontakt dobry. Wiadomo, że każdy z nas próbując to wszystko jakoś udźwignąć żyje po prostu swoim życiem. Swoimi celami do których zmierza. Swoimi marzeniami… Nie przeszkadza to jednak, by od czasu do czasu ustawić się na jakieś piwo i pogadać zwyczajnie o życiu… Ułatwia to lokalizacja naszych rodzinnych domów. Tym razem jednak udało się spotkać tutaj, czyli w Norwegii.

Łączyły nas w dużym stopniu właśnie góry. To środowisko od zawsze było dla nas pewnym magnesem. Tam też odnajdujemy się całkiem łatwo. I pewnie tam też będziemy zbaczać już zawsze…

Tak więc Gumiś znalazł wreszcie chwilę by wpaść. Zresztą od dawna ustalaliśmy, że gdy już wpadnie, to wejdzie my wspólnie na najwyższe wzniesienie w Skandynawii – Galdhøpiggen. Kiedyś tam już byłem, ale tym razem chciałem sobie wskoczyć, by zjechać z góry na nartach.

skiturowo na Galdhøpiggen

Tak więc posiadając nawet umiejętności będące całkiem zwyczajne można z tej góry raczej bezproblemowo zjechać.

Być może wrzucę tutaj kiedyś praktyczny opis jak się do tego zabrać. Pomysłow jednak jest całkiem sporo, więc to wszystko dopiero się okaże.

A tymczasem pokrótce opiszę tamten, mega intensywny wyskok.

Ruszyliśmy bezpośrednio po pracy. Przed nami na starcie mieliśmy bowiem do pokonania spory dystans.

po drodze w drodzejeden z licznych wodospadówpo drodze kolejny wodospadw tunelujuż prawie u celu - Jotunheimencoraz bliżej

W planie juz pierwszej nocy chcieliśmy dostać się pod górę, która jak na nas szału nie robiła, ale górowała nad resztą. Był to więc wystarczający powód. W szczególności dla Gumisia robiącego właśnie swoją własną koronę.

A jazda chociaż skończyła się jakoś nad ranem, to zdecydowanie nie była nudna. Po dotarciu na miejsce około 4tej uznaliśmy, że by mieć jeszcze lepszy sen pomóc nam może strzelanie po jakiejś bani. Na jednej się oczywiście nie skończyło… Tak więc w całkiem bajkowych nastrojach, by nie rzec, że co nieco porobieni, jakieś dwie godziny później rozpoczęliśmy śmiały marsz. Góra trudna technicznie nie jest, więc obaw nie było żadnych. Jeszcze wtedy nie do końca zdawałem sobie tylko sprawę jak ja niby z tej góry zjade.

Po dojściu na wierzchołek doszedłem do prostego wniosku. Byłem już na kilku pagórkach, ale tamtego dnia wejście pod względem zmęczeniowym pobiło wszystkie inne. Na szczycie przyszedł czas na rest. Energii wciąż brakowało, więc zdjęć ze szczytu szału nie robią.

na szczyciewidok ze szczytu

Dopiero jednak zapięcie desek i spojrzenie na resztę ekipy, którzy ruszyli już w dół wpłynęło znacząco na przypływ energii.

chłopaki już schodzą

Ruszyłem więc…

zjazd

Dokładnie tego dnia (17 maj) było największe norweskie święto. Generalnie Norwedzy celebrują je bardzo uroczyście. Na wszelkie możliwe sposoby. Ogólnie wszyscy tym żyją. Tak się złożyło, że niektórzy postanowili przespacerować się by uczcić ten dzień na najwyższym szczycie kraju. Z racji iż pogoda wyjątkowo dopisała, to ludzi było grubo ponad 1000. Dobrze, że wstaliśmy wcześnie…

siedemnastomajowy pochódsiedemnastomajowy pochód

A ja zafundowałem sobie wyjątkowo piękny zjazd.

Na zasłużony odpoczynek przyszedł dopiero czas gdy jechaliśmy w dalszą drogę.

rest

Zmierzaliśmy bowiem w kierunku norweskiego Matterhornu, czyli Innerdalstårnet.

Innerdalstårnet

Trochę o tej górce już słyszałem, ale jakoś nigdy nie była po drodze. Pod względem pogodowym mieliśmy wyjątkowego farta, albo raczej kumpel, który uderzał już tam trzykrotnie po prostu go nie miał… Tak więc wystarczyło spędzić w dolinie Innerdalen tylko jedną noc, by ulokować ten skrawek norweskiego świata w czołówce naszych faworytów w tym kraju.

InnerdalenInnerdalenInnerdalenInnerdalenInnerdalenInnerdalenInnerdalenInnerdalennocleg w Innerdalen

A szczyt Innerdalstårnet zdecydowanie polecam! Jeśli ktoś nie posiada jakiegoś chorobliwego lęku przestrzeni to bankowo podoła.

w drodze na Innerdalstårnetw drodze na Innerdalstårnetw drodze na Innerdalstårnetw drodze na Innerdalstårnet
w drodze na Innerdalstårnetw drodze na Innerdalstårnetw drodze na Innerdalstårnetw drodze na Innerdalstårnetw drodze na Innerdalstårnetw drodze na Innerdalstårnetw drodze na Innerdalstårnetw drodze na Innerdalstårnetw drodze na Innerdalstårnet

Na szczycie trochę fot.

na szczycie - InnerdalstårnetInnerdalstårnetInnerdalstårnetInnerdalstarnet

I jazda w dół…

Potem już kierunek powrotny. Po drodze kolejny dziki biwak.

A następny dzień to dominujący od rana dobry humor. W trasie nie brakowało miejsc kładących na kolana.

po drodzepo drodzepo drodzepo drodzepo drodzepo drodzeGeiranger

Jak chociażby słynna Droga Trolli, która dla mnie osobiście jest zbyt komercyjna i wszyscy tam jadą,więc mam niejako mieszane uczucia. Nie lubię miejsc, gdzie ląduje kazdy. Ale jakby nie było całkiem ładnie…

Droga TrolliSelfik nad Drogą Trolli

Potem przyszła kolej na kolejną, jedną z moich ulubionych miejscówek w tym kraju. Stryn i okolice bardzo mnie kiedyś zauroczyły.

okolice Stryn

Tym razem pojawiliśmy się tam głównie w jednym celu. Na naszym celowniku była bowiem via ferrata w Loen.

przed wejściem na ferratena ferracie w Loenna ferracie w Loenna ferracie w Loenna ferracie w Loenna ferracie w Loenvia ferrata w Loenna ferracie w Loen

Śmigneliśmy ją całkiem sprawnie, już następnego poranka trzeba było być na lotnisku. Gumiś wracał do Polski.

Tak więc kończył sie kolejny wypad wypełniony ogromną ilością wrażeń. Fajne to nasze życie!!!

Przerzuciłem się jak wiadomo na fotografie telefonem, którym została wykonana większość zdjęć w tym wpisie.

takie tam

Ale jakby nie było był z nami także Rysiek, który bardziej profesjonalnie ustrzelił część fot. Jak chociażby to powyżej.

RysiekRysiek

Między innymi dlatego iż wybieram spędzanie czasu w taki właśnie sposób i z takimi ludżmi, to nie starcza go na to by coś tutaj sklecić. Poza tym jest przecież praca, córka, dom w Polsce i chociaż jest mi całkiem dobrze ze sobą, to pojawia się momentami chęć, by ktoś mnie przytrzymał. Ktoś nie podcinający przy okazji skrzydeł. Zamiast tego ofiarujący korzenie abym stuprocentowo wiedział gdzie jest moje miejsce i z przyjemnością tam wracał. A także powody, by mnie nosiło trochę mniej…

Innerdalstårnet

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *