myślę, że mam to już za sobą i nagapiłem się dość – powrotny stop

i znów utkwiłem...

Czasy długich tripów to przeszłość. Dzisiaj trzeba się zadowalać tym co przejściowe. Zresztą nie ma się co oszukiwać. Na dłuższą metę tego typu wyskoki zmęczą każdego. Szybki powrót był więc całkowicie wskazany.  Aura ponownie stała się wroga i aby łatwo się z nią pogodzić znów potrzebny był mały łut szczęścia. A tego zawsze najwięcej miałem w drodze. Nie wątpiłem więc, że i tym razem przebrnę przez nadciągające śnieżyce z łatwością. Pełen luz się opłacił. Po zejściu z promu, nie zdążyłem nawet dobrze się rozejrzeć. Już bowiem zajechał przed moje oblicze eksbackpaker z Niemiec, wiozący grupkę turystów ze swojego kraju, do domu. Taki stop to ja rozumiem 🙂

Ulokowany na tylnej kanapie przez jakiś czas próbowałem walczyć z obezwładniającym mnie snem. Potem po prostu się poddałem i choć podróżując w ten sposób robię to rzadko tym razem uległem. Zmęczenie wzięło górę. Padłem. Później z podładowanymi bateriami jechało się jednak całkiem spoko.

Dwa dni i tylko dwa stopy to bilans gdy za sobą było już trzy/czwarte trasy powrotnej. Pomimo iż wcale się nie spieszyłem zrobiło się z tego zatrważające tempo.  Chociaż zaspokoiłem w pełni swoje przygodowo-poznawcze ambicje to po wkroczeniu w słoneczne rejony uznałem, że można zwolnić i łyknąć jeszcze coś. Spora część mnie miała dosyć i chciałem dotrzeć już na miejsce to pogoda zmotywowała do jeszcze jednej małej fanaberii. Przede mną piętrzyła się góra, która nie powala urodą, czy trudnościami. Jest jednak najwyższa w Skandynawii. Nie byłbym chyba sobą gdybym ot tak sobie ją odpuścił. Na drodze stał tylko jeden malutki problem. Dzień wcześniej olałem zakupy. Pozostała opcja na głodniaka, czyli kultywowany przez niektórych styl fast and light. Jeśli chodzi o fast to udało się to tylko połowicznie. Nie ma to tamto trzeba diametralnie popracować nad kondycją. Szybki powrotny dupozjazd wynagrodził na szczęście wszelkie niewygody podejścia.

A wieczorem dobroduszny kierowca zaprosił na jakiś trunek. Może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że do jego chaty nie prowadzi żadna droga. Wbiliśmy się więc na łódkę  Żyć nie umierać. Chociaż ostatnie dni obfitowały w pogodę  która dupę urywa, to tak jakby na przekór przestałem pstrykać zdjęcia. Czyżby widoki spowszedniały? A może po prostu najwyższy czas odpuścić na dobre pocztówkową fotografie…

P1100715 P1100749 P1100759 P1100784 P1100788 P1100803

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *