jak oszołomiony wicher omijam oka twojej sieci, wieje tylko tam gdzie mam ochote, wieje tylko tam gdzie mam ochote, sama dobrze wiesz gdzie – biwak na Trolltundze

Oczekiwanie na pogodny weekend może tu trwać w nieskończoność. Jesień ma to do siebie, że wraz z jej nadejściem deszcz zdaje się padać codziennie. Na szczęście nie jest to szara ulewna ściana. Na przekór opinii, jako kraju zimnego często pojawiają się przebłyski słońca. Najczęściej są one jednak dynamiczne, chwilowe. Niosą ze sobą tęcze i spektakle pogodowe, które ubarwiają pobyt. Mniej fajnie zaczyna być, gdy chce się zaplanować jakiś dłuższy niż kilkugodzinny wypad. By wyrwać się poza cztery ściany lub co gorsze, centrum handlowe…

Kilka sobotnich dni spędzonych w takim miejscu spowodowało, że zaczynam tym rzygać. Dusiłem się patrząc na rodziny w zakupowym amoku.  Wokół rój w większości nieświadomych konsumentów. Zmęczone twarze pożądające plastikowych gadżetów, butów, ajpodów… Z drugiej strony ostatnio w moim otoczeniu pojawia się zbyt wielu niewolników oszczędzania. Kierowani złudna nadzieją, że będą szczęśliwi, gdy zarobią tą wymarzoną sumę, najlepiej z jak największą ilością zer. Dla których wolny dzień, sobota lub popołudnie bez fuchy to jak stracony czas. Brnący przez życie bez pasji, z ambicja skierowaną ku najważniejszej wartości – pieniądzom. Pieniądzom, które momentami same w sobie są celem, a nie środkiem.

Nie ma co ukrywać, że dla mnie także kasa nabrała ostatnio innego znaczenia. Bardziej przyszłościowego. Kiedyś nie warto było nadwyrężać kręgosłupa dla pokaźniejszego konta. Bycie za to w całkowitej teraźniejszości miało ogromny urok. Nie było jutra, nie było wczoraj… Obecnie czuje jakbym przehandlowywał ideały. Wartości ulegają powolnej metamorfozie. Chociaż jasne jest, iż niektóre pozostaną z cała pewnością już na zawsze nie do ruszenia… Powraca także jakby z silą zdwojoną gniew i buntowniczość. Znów chce się walczyć. Ostatnie trzy lata wypędziły ze mnie tak ciężko wypracowaną harmonie. A może tylko realizowanie marzeń i bycie tam gdzie zawsze chciałem być spowodowało, że poczułem ten stan? Jakby pogodzenia, równowagi. Kto wie… W miedzy czasie uśpiłem obsesje, uzależnienia, szaleństwa, które ostatnio mam wrażenie, jakby tylko wciąż czekały na przebudzenie.

Dzisiaj liczy się jednak córka. I tyle… Dla niej bez dwóch zdań warto się trochę pomęczyć. Zresztą czas spędzony razem to klimat nie do zastąpienia. Bezcenny klimat. Nawet jeśli z perspektywy osobistego rozwoju, mój za często wyczerpany nastrój podpowiada że to nazbyt wysoka cena.  Musiałem więc odreagować. Wyrwać się. Przemyśleć. Zdefiniować na nowo. Uspokoić demony. Dwa długie, “głodne” miesiące bez górskiego powietrza i tego feelingu, którego próby opisania i tak są często zgoła próżne. Ci którym trzeba tłumaczyć, nigdy nie zrozumieją…

Na drodze ku własnym, egoistycznym zapędom stała jeszcze Justyna. Jej potrzeby i uczucia ciężko jest mi lekceważyć. Więc kompromis był jakby konieczny. Po drodze łzy i wykrzyczane słowa, z których oboje nie jesteśmy dumni. Nasza impulsywna, bardzo emocjonalna i pełna zawiłości miłość wymaga czasem dużo samozaparcia. Zbyt często żadna ze stron nie chce pójść na owy kompromis. Tak to bywa, gdy na swojej drodze spotkają się dwa bardzo niezależne charaktery. Czasem wydaje się że rozsądniej byłoby się rozstać. Te dni, gdy nadajemy na podobnych falach, zagłuszane są jakiś czas później przez czarniejsze strony naszego oblicza. Słowne przepychanki potwierdzają tylko słabość. Bo miało być trochę inaczej. Każdy na swój osobisty wewnętrzny sposób czuje momentami rozczarowanie. Rozsypane, urażone serce w ciągłej walce z… No własnie z czym ?

W efekcie, gdy już stałem w progu z załadowanym szpejem,  trzeba było ulec. A wiec i tym razem nie dla mnie solowy, dziki trawers przez zaśnieżone góry. W początkowym wyobrażeniu miała zastąpić go rodzinna przejażdżka po pełnych zakrętów drogach. Na dodatek bez “zapasówki”. Owego feralnego poranka, po ujechaniu kilku kilometrów, dwudziestocentymetrowe pękniecie w oponie podpowiadało by wracać. Odpuścić pragnienia, na rzecz kolejnego spaceru po parku, przejażdżki rowerowej, czy w najgorszym wypadku pustych godzin na fejsbuku? Nie ma mowy! Zresztą tym autem już nie raz pchałem się przed siebie całkiem na żywioł.

Kilka godzin później spoglądaliśmy już na pokryte zmrożona warstwą śniegu wierzchołki. Szybko wyczyściłem pamieć usuwając z głowy wczesnoporanną konfrontacje. Tym razem pogodziłem się z tym dosyć łatwo, bo z kobietą zwyciężać to nie lada sztuka. A poza tym i tak dupe ruszyłem z miejsca… Wiec nie powinienem narzekać. Moja mina musiała jednak mówić zupełnie coś innego. W głębi duszy potrzebowałem przecież zamętu. Nie dało się ukryć, że gość taki jak ja musi od czasu do czasu, ot tak dać się przyrodzie skopać.  Potem staje się na jakiś czas bardziej grzeczny i potulny… I wygląda na to ze Justyna powoli, aczkolwiek opornie zaczyna to rozumieć. Bynajmniej propozycje, iż mogę gdzieś iść, że zaczeka odebrałem w pierwszej chwili jako żart. Takie drażnienie się ze mną…

A jednak. Stało się. Już po zmroku. Na własne życzenie walczyłem z przenikliwym bólem palców. Rozbijanie namiotu przy sporym minusie wystarczyło by poczuć zimę na wskroś. Przerabiałem to już nie raz i nie raz zadawałem sobie podobne pytania. Co ja tu kurwa robię? Odporność już chyba nie ta sama. A może śpiwór nagle utracił swoje właściwości. Temperatura bowiem nie pozwoliła cieszyć się błogim snem. Przed świtem więc całe moje energetyczne zasoby były delikatnie ujmując bliskie wyczerpaniu. By nie przedłużać dalszych katuszy odwrót bardzo szybko stał się faktem. Na całe szczęście rześkie powietrze dodało animuszu. Tylko mały żal ze uprząż i kask zostały w samochodzie. Zejście mogło dostarczyć trochę więcej fanu gdyż jak na dłoni miałem via ferrate. Taką perełkę w Norwegii. Tutaj bowiem tak popularna w Dolomitach forma ujarzmiania gór jest rzadkością. Chociaż kusiło “zbiegać” na żywca, to wyobraźnia, a wraz z nią widok czekającej gdzieś na dole Lilki szybko sprowadził mnie na ziemie. Poza tym będzie po co wracać… Okrężna droga poturbowała trochę kolana, dokładając w ten sposób kolejny powód by przystopować. Następny zryw odkładam do polskiej zimy. Na strychu wiszą przecież zakurzone dziaby, czekające na swój czas…

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *