folgefonna

bo gubię kontrol po braku wrażeń i smaku zła – wypad na lodowiec Folgefonna

Standardowo grafik napięty…
Dużo pomysłów, wśród których wybiera się najciekawsze. Jeśli chodzi o Norwegie, to od dłuższego czasu widzieliśmy siebie gdzieś z lodem wokół. Po głowie ciągle chodził Rjukan. Dla zorientowanych co nieco w temacie wiadomo, że dla miłośników lodowego wspinu jest to swoista mekka. Chociaż dziaby były już podostrzone, to sezon na tego typu zabawę kończy się tam początkiem marca i w efekcie nie zdążyliśmy. Trzeba więc zadowolić się lodem pod stopami. Co wcale nie oznacza, że jest gorzej. Wróciliśmy na Folgefonna…

Co też wcale nie było łatwe, gdyż sezon na lodowiec startuje w czerwcu. Dodatkowo tutaj pogoda często dyktuje warunki. Jak wiadomo bywa ona w Norwegii ujmując delikatnie – trudna. I woleliśmy poczekać na bardziej niebieskie niebo. Które najlepiej jeśli nad głowami przez kilka dni. Dodatkowo ideałem jest jeszcze weekend. Kolejny drobiazg to fakt, że jeśli zainteresowanych daną akcją jest kilka osób, to niestety któregoś z nas często odciągają priorytety. Rodzina i drobiazgi bardziej konieczne. No cóż – życie! Tak było i tym razem. Niektórzy bowiem już ruszyli na wakacje.

A ja próbuje mieć je cały czas 😀

Miniony weekend był ostatnim przed nastaniem sierpnia, gdzie mogłem coś tutaj podziałać. Zaraz bowiem będę śmigał z córką do Polski. Tym razem samochodem, czego nie robiłem już ponad 4 lata. Teraz się z reguły lata, a zresztą po moich wypadkowych doświadczeniach bardzo długo nie mogłem prowadzić samochodu. I te prawie 2000 kilometrów, które mam przed sobą będą więc tym bardziej męczące.

Odbiegłem od tematu, ale tak już że mną bywa, że mam skłonność do dygresji.

A historia ma być przecież lodowa. Tak więc pomimo iż początkowo aura nie napawała zbytnio optymizmem, to chęci oraz ekscytacja przeważyły i w piątkowe popołudnie ruszyliśmy. Było nas czterech, a plan to dwie nocki gdzieś tam.

Dopiero w drodze podjęliśmy decyzję gdzie się na początek wbijamy. Na celowniku mieliśmy bowiem dwa lodowe jęzory. Wybraliśmy taki położony w okolicach Glacier Ski Resort, czyli letniego ośrodka narciarskiego otwieranego dopiero w maju.

Sommer Ski Senter

Pomimo iż był już późny wieczór, to jadąc krętą drogą wokół było oczywiście całkiem jasno.

po drodze

Ponieważ już wiedzieliśmy gdzie spędzimy noc, to nagły przypływ energii pchnął ku decyzją, by jeszcze tej nocy zapiąć narty.

nocna jazda

Takim sposobem jakoś po północy dotarłem na najwyższy punkt lodowca Folgefonna.

część Folgefonna

Słońce chowało się dopiero za horyzont. Prawie całkowity brak wiatru… Uwielbiam takie momenty!

Z racji iż wierzchołek lodowca jest niczym gigantyczne boisko piłkarskie znalezienie najwyższego punktu nie było wcale łatwe. Zdecydowanie zmylił trochę rozbity w partiach szczytowych namiot.

partie szczytowe Folgefonna

W efekcie do rozbitego przez moich kompanów obozu wróciłem po ponad trzech godzinach od wyjścia. Miałem za to jeden z lepszych zjazdów życia. I love it!!!

Byłem w swoim żywiole, więc nie zastanowiłem się zbytnio nad tym co czeka nas za parę godzin. Dojście do odkrytego czoła lodowca było trochę nietypowe ponieważ musieliśmy uprzednio wejść na górę skąd można było dopiero pobieżnie ocenić gdzie będziemy szli.

podejściekrótki rest

Pomimo krótkiego, aczkolwiek intensywnego snu wystarczyły pierwsze spojrzenia, by odzyskać lekko nadwątlony po minionej nocy animusz. Jeszcze tylko drobne dogranie szpeju i ruszamy.

zakładanie szpeju

Pomimo iż wchodząc na lodowiec od początku byliśmy spięci liną, to jednak pierwsze metry były tak jakby zwyczajne.

już na lodowcupoczatekna lodowcu

Im dalej w głąb sytuacja stawała się bardziej skomplikowana i wymagająca.

na lodowcuna lodowcuna lodowcuFolgefonnaFolgefonnaFolgefonna

Generalnie wędrówka po lodowcu bywa różna. Zdarzają się odcinki, gdzie trzeba skorzystać z liny w innym typie asekuracji.

na lodowcuFolgefonna

Poza tym wszelka asekuracja na lodowcu to podstawa! Bywa przecież, że powierzchnia po której stąpamy ot tak pod nami po prostu pęka.

tak też bywa

Pomimo kilku trudniejszych momentów nie poddawaliśmy się jednak cały czas zmierzając w kierunku który obraliśmy na początku.

FolgefonnaFolgefonnaszczelina

Nie było jednakże przeszkody, która mogłaby nas powstrzymać. Trochę lawirowaliśmy, ale w efekcie cel został osiągnięty.

u celu

Dodatkowo uznaliśmy, że schodzimy jeszcze pod czoło lodowca.

pod czołem lodowca

Chcieliśmy bowiem wykorzystać lód w trochę inny sposób.

przygotowania do dalszej akcjilodowe wspinaniepo akcji

Pozostał tylko powrót. Wybraliśmy drogę ponownie przez lodowiec omijając jego największe trudności. Pogoda zaczynała jednocześnie siadać, a więc wszelka nawigacja była dosyć utrudniona. Wszędobylska mgła zasłaniała punkty orientacyjne.

powrót we mglewe mgle

W powrotnej drodze zrobiliśmy lekkie koło. Głównie z powodu mgły. Generalnie cała akcja, to jakieś 12 intensywnych godzin. Tak więc sen przyszedł łatwo. Namioty czekały rozłożone w miejscu, gdzie w górach sypia się raczej rzadko. Noc przyniosła całkowitą zmianę aury, więc pomimo iż przejawialiśmy chęci, by następnego dnia zrobić powtórkę z rozrywki, to jednak przełożyliśmy wszystko na następny raz.

A tak wyglądał poranek…

biwak przy letnim centrum narciarskim

I jeszcze na koniec jedno zdjęcie. Na nim Rysiek w ferworze akcji. Pierwszy raz na tego typu wyjeździe. Coś czuję, że nie ostatni. A zresztą na to też liczymy…

Część zdjęć tak w ogóle jest jego autorstwa. Dzięki!

Rysiek w akcji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *