widok z góry na Alesund

a droga długa jest – początki autostopu na daleką północ

Cztery dni bez większych chmur. Tego się raczej na starcie nie spodziewałem. Powiało więc nieskrępowanym optymizmem. A pomysł jaki miałem w głowie współbrat ze słońcem mógł nabrać jeszcze bardziej realnych kształtów. Cóż z tego, jeśli to pogodowe okno musiałem poświęcić głównie na nie cierpiące zwłoki sprawy urzędowe. A gdy się wreszcie mogłem ruszyć, to jakby na przekór, świat wokół zawirował. Dosłownie. Początek stopowania w kierunku północy obfitował bowiem w pełną białych płatków niezbyt przejrzystą poświatę  Zrobiła się “alaska”. Nie zniechęcony zbytnio korzystając z podwózki jadących do pracy chłopaków stawiłem się na wylotówce w stronę Bergen. I w ten sposób moje postanowienie jeszcze z czasów wędrówki po Patagonii, że czas przystopować ze stopowaniem przestaje istnieć. Pocieszam się, iż było tam też założenie, że odpuszczam tylko na jakiś czas.

Początek, chyba trochę niespodziewanie, ale poszedł całkiem gładko. Chociaż pierwszy kierowca nie zatrzymał się dla mnie, tylko po swojego kumpla, to gdy już wbiłem się do środka najwyraźniej nie wypadało mnie wyrzucić 🙂 Później niewielkimi skokami, ale bez dłuższych przestojów posuwałem się do przodu. Zanim nastał wieczór miałem za sobą czterysta kilometrów górskich dróg, cztery przeprawy promowe i znajomość z ośmioma kierowcami, z których siedmioro w ostatnim czasie odwiedziło Gdańsk. A myślałem, że to Kraków jest najpopularniejszym w Polsce weekendowym kierunkiem turystów.

Noc zastała mnie w zapomnianej wiosce pośrodku niczego, czyli na tak zwanym zadupiu. Chociaż to dopiero początek wewnętrzny opór do rozbijania namiotu był nie mniejszy, niż po miesiącu takich praktyk. Rozglądałem się więc za czymś innym. W ten sposób szybko na horyzoncie pojawiła się hytta, czyli norweski domek letniskowy, których cała masa rozsiana jest po kraju. Ta akurat okazała się być, sądząc po pajęczynach i leżącej na stole przykurzonej gazecie z 2004 roku chyba na dobre opuszczona. Jeśli chodzi o mnie do szczęścia nie potrzebowałem niczego więcej. Odpaliłem świece, trochę muzyki, kolacja na gorąco… Raj w solowym wydaniu. No może poza tym, że na drodze do pełnej harmonii stało dziwne uczucie ilekroć spojrzałem w kierunku drzwi 🙂

Poranne wstawanie w takich miejscach nie rozpieszcza. W śpiworze zbyt przyjemnie by bez ociągnięć go opuszczać. Drugi dzień to takie spowolnienie. Abym przypadkiem zbytnio się nie rozpędził los podarował mi kilkugodzinny przestój, co nawet przy całkiem dodatniej temperaturze nie należy do przyjemnych. Wynik o połowę krótszy i w okolicach Alesund ląduje już po zapadnięciu zmroku. Wskoczyłem jeszcze do maka, który chociaż jedzeniem nigdy mnie nie zauroczył, to potrzebując darmowego internetu chowam swoje antypatie i alterglobalizm dosyć głęboko. Zamówiłem tylko kawę przy której zasiadłem na trzy godziny. Musiałem w ten sposób podejrzanie “polsko” wyglądać, gdyż w momencie gdy już miałem się zwijać pojawił się pracujący tam Michał.  Bez podchodów, po minucie znajomości zaprosił do domu. A podobno na obcej ziemi polak, polakowi wilkiem…

Trochę nowych twarzy. Nowe historie. Dużo muzyki. Od Stachury po Eddiego Veddera, którego soundtrack do “Into The Wild” wyraźnie zapowiadał nadchodzące, północne, dzikie klimaty. Trochę się one odwlekły gdyż zamiast jednej nocy zabawiłem trzy. W jakimś stopniu przyczyniło się do tego włoskie wino połączone ze szkocką whisky, doprawione na koniec polskim tyskim. Samopoczucie po takiej mieszance stało się więc mizerne. Nie było jednak wyjścia. Pomimo nadal wyraźnie odczuwalnego kaca trzeba zmierzyć się z postanowieniem i pokornie ruszyć dalej. Znajdujące się bowiem nad kołem podbiegunowym wyśnione Lofoty to cel chociaż pożądany od dawna zupełnie spontanicznie przypomniał się kilka dni temu. A na wieść, że właśnie tam chce dotrzeć stopem kierowcy reagowali dosyć podobnie. Otwarte usta ukazujące coś na kształt uśmiechu zmieszanego z niedowierzaniem. Taki gest nawet bez dodawanie, że czeka mnie daleka i zimna droga miał chyba na celu wybicie mi z głowy takiego zamiaru…  A dla mnie, jakoś nie czułem się wyjątkowy i aby miało być coś nadzwyczajnego.
Każdy może.AlesundAlesund (2) Alesund (3)kolejna marinakolejny tunelpoczatkiporanek-crop

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *