grań szczytowa

może to miłość a może tylko chwila – ponownie na lodospadach w Rjukan oraz Gaustatoppen skiturowo

Wspinanie lodowe, to kolejna zabawa dająca na tyle dużo satysfakcji, że wystarczy tylko spróbować, a zaraz będzie się chciało powtarzać. Posmakujesz – przepadłeś. W moim przypadku zresztą miałem tak już nie jeden raz. Bywało, że gdy zacząłem coś robić, to pochłoniety bez reszty wchodziłem w temat na tyle głęboko, że nie było łatwo przechodzić do porządku dziennego bez doznań tego typu. A teraz pojawiła się kolejna emocjonalna bomba.

Kong Vinter

Już będąc w Rjukan poprzednim razem byliśmy na tyle zadowoloni wracając do domów, że zaczęliśmy rozkminiać który termin będzie najbardziej odpowiedni dla wszystkich. Za wszelką cenę bowiem chcieliśmy się wstrzelić tam w tym sezonie jeszcze raz. Czas ma to do siebie, szczególnie ostatnio, że płynie jakoś szybciej i ani się nie obejrzeliśmy, a już byliśmy ponownie w tej ciemnej dolinie. Do ekipy z poprzedniego razu dołączył tylko Mateusz, który przyjechał do nas z Trondheim. Spotkaliśmy się już na miejscu.

cof

Tym razem zbazowaliśmy się w Old Scholl Hostel.

Old School Hostel

Hostel zimą zdominowany przez ekipy próbujące swoich sił w starciu z lodem. W ciągu dnia pustoszeje. Bez względu na aurę większość rusza w teren. Zanim nastaje noc zapełnia się ponownie.

W Old Scholl Hostel

Na pierwszy dzień zdecydowaliśmy się skoczyć tak jakby na głęboką wodę. Kong Vinter to sektor nie przeznaczony raczej dla nowicjuszy. Teoretycznie dobrze jest się wcześniej rozwspinać, gdyż w przeciwieństwie do innych regionów w okolicy ten charakteryzuje się tym iż najpierw trzeba zjechać.

PoczątekZjazdPoczątkiZjazd

Później przychodzi dopiero czas na wspinanie. Tak naprawdę jedyny szkopuł, to fakt, że gdyby przypadkiem coś poszło nie tak, to powrót do samochodu może być problematyczny. A na pewno okrężna droga ze względu na dominujący wokół śnieg może okazać się katorgą . Zresztą wychodzenie po lodzie to też nie małe wyzwanie.

No i wspin

Dzień okazał się być na tyle bogaty w doznania, że jeśli chodzi o przygody w lodzie, to pobił chyba wszystko. Niektórzy kończyli dzień mając na koncie “życiówki“, czyli najlepsze przejścia jakie ma się na lodowym koncie.

życiówki

Poza tym było wszystko, czego można oczekiwać od tego typu zabawy. Dużo śmiechu, kilka lotów, komplikacje wzbogacające jeszcze bardziej dzień i zdrowy rodzaj stresu. Bo jak wiadomo taki jego typ jest dla ludzkiej biologii po prostu potrzebny.

Michał w akcjikong winterna lodziechwila oddechuwędka

I słońce, które pomimo iż cały dzień rządziło na niebie, to jednak za nic nie mogło zrzucić na nas zbyt dużo promieni. Dominujący cień na to nie pozwalał. Tak więc by nie dać się paraliżujacej temperaturze, trzeba było się po prostu ruszać.

i znów na lodzie

Dzień zakończony już grubo po zmroku. I to wypełnione gwiazdami niebo, które mieliśmy nad głowami wracając z gratami do samochodu. Nie chciało się być gdzieś indziej…

życiówy

Wieczór w hostelu upłynął czillautowo. Międzynarodowe towarzyszystwo. Wielu dzieliło się swoją historią. Tym razem nie mogliśmy jednak spędzić dużo czasu by się zbytnio integrować, gdyż trzeba było ładować akumulatory. Następnego dnia na celowniku była taka sobie górka.

Gaustatoppen

Noc minęła nie bardzo wiadomo kiedy i jedziemy…

Gaustatoppen

Szczyt Gautastoppen tak naprawdę był celem tylko dla mnie. Pozostała część ekipy miała w planach spędzić ten dzień także na wspinaniu lodowym. Na zboczu góry był bowiem również sektor ze sporą ilością lodu. Z racji większej wysokości nad poziomem morza sezon na wspinanie trwa tam najdłużej.

Tak więc ja zapinając uprzednio narty skiturowe ruszyłem sobie spokojnie w górę.

początek podejścia

 

Pogoda także tego dnia dopisała, więc nie tylko ja wpadłem na taki pomysł.

Na turachw drodze na Gausteślady poprzednikówna glajcie też ktoś latał

Po dojściu do górnej stacji kolejki zdecydowana większość kończy pochodzenie uznając Gautastoppen za “zaliczone.”

górna stacja kolejkigórna stacja kolejki

W rzeczywistości do szczytu zostaje jeszcze kilkaset metrów do przejścia naprawdę fajną granią.

na granina grani

Przyglądając się innym uznałem że bezpieczniej jednak przytroczyć narty do plecaka. Na grani bowiem dosyć wąsko.

na grani

Bywają także tacy, dla których zjazd nie może być zbyt banalny, więc podchodzą kawałek i szus zaczynają bliżej wierzchołka.

początek zjazduzjazd

Na szczycie większość czasu byłem jednak sam. Aura była na tyle fajna, że nigdzie mi się nie spieszyło. Dawno takiego czilautu w górach nie miałem.

na wierzchołkugrań szczytowa

Poza tym nadażyla sie okazja by zobaczyć zjawisko, które nie jest częstym widokiem w górach. Widmo Brockenu zawsze robi wrażenie.

Widmo BrockenuWidmo Brockenu

Po jakiejś godzinie, chociaż nie do końca się chciało, to zacząłem schodzić.

czas schodzić

A na koniec piękny zjazd. Szczególnie końcówka. Gdy teren stał się bardziej płaski, lawirowanie pośród drzew było takim rodzajem szusu, które kocha się najbardziej. Poezja nart…

poezja nartzjazd...

Chłopaki tego dnia także mieli coś innego niż dnia poprzedniego. Bywa iż dziaby przydają się nie tylko w lodzie…

dziaby przydają się nie tylko w lodzie

Na koniec podjechalismy obejrzeć coś z czego Rjukan obecnie jest bardzo znane. Mianowicie znane jest między innymi z tego, że góry w okolicy zasłaniają dostęp do promieni. Tak więc by słońce chociaż trochę oświetliło miasteczko (szczególnie w okresie zimowym) na okolicznych stokach zamontowano lustra. Efekt niestety nie powala… Musieliśmy się jednak pośmiać 😉

nic dodać, nic ująć

Trzeci dzień miał trwać dużo krócej. Czekal nas bowiem powrót. Wskoczyliśmy sobie więc w sektor Ozzimosis poznany już całkiem dobrze podczas poprzedniej wizyty w tym lodowym raju.

Ozzimosis

W przyszłym sezonie pewnie do Rjukan wrócimy! Szpej będzie czekał…

takie tam sróbki

Generalnie jeśli chodzi o przygody to ten rok zaczął się genialnie. Często z niemałym poślizgiem, ale wciąż chętnie wrzucam tutaj opis tych rewelacyjnych momentów. Zresztą gdy robię to teraz, to na warsztacie już czeka trochę materiałów do spisania. Dzieje się jednak tak dużo, że momentami nie jest łatwo się połapać. Na szczęście uwielbiam kolekcjonować takie chwile. Poza tym, jakby nie było cały czas rządzi córa w towarzystwie której nadchodzące wakacje także zapowiadają się rewelacyjnie.

A na koniec fota ustrzelona minionej niedzieli podczas kajakowej wycieczki po okolicznym jeziorze.

kajakiem przez świat

Żyć nie umierać!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *