zwyczajny widok za oknem

mam pokój z widokiem – chata na Lofotach

Zawsze miałem problem z dłuższym zarzuceniem kotwicy. Wieczne ciągotki za horyzont. Non stop do przodu. Non stop w ruchu. Czasem zwalniałem najwidoczniej tylko po to, by za moment znów niespokojnie wypatrywać tego co kryje się gdzieś tam… Jakiekolwiek próby z postojem na dłuższą metę zaczynały przynosić odwrotny skutek. Tylko ruch dawał spokój… W zależności od jego natężenia i zasięgu następował potem czas relaksu i pewnego rodzaju spełnienia. Jego długość nigdy nie była stała. Mógł trwać dzień, miesiąc… I znów coś zakłócało cisze. Przerywało spokojny sen. Nie pozostało nic innego jak ruszyć. Wyjść. Opuścić bezpieczną przestrzeń. Sprzeczka i walka z samym sobą nie ma sensu. Klucz do pełnej satysfakcji zawsze tkwił w drodze…

Ostatnio nie trzeba wiele. Kilka dni w zupełności wystarczy. Najwidoczniej z wiekiem człowiek pragnie komfortu. I tak właśnie trafiając do Reine, jednej z tych miejscówek, które określa się jako must see na Lofotach zapragnąłem zwolnić. Spojrzeć na minione dni trochę uważniej. Przemyśleć. Norwegia jednak, to nie Azja. Tu wszelakie czilowanie wiąże się z odczuwalnym uszczupleniem konta. Pozostaje jednak wersja bardziej alternatywna. Biorąc za przykład moje doświadczenie z przed kilku dni, gdy na oko wyglądająca na niezamieszkałą chatka okazała się całkowicie otwarta, uznałem, że tutaj, gdzie sieje pustką powinno być jeszcze lepiej.

I tak krótki spacer zaprowadził mnie do opuszczonego domu. Tam do pełni szczęścia zabrakło tylko gorącego prysznica. Nadeszły więc trzy restowe dni. Rozleniwiłem się. Długie wieczory równały się z nadrabianiem zaległości filmowych. Wreszcie obejrzałem “Taksówkarza” do którego nie mogłem się nigdy zabrać… Poza tym “Bękarty wojny” w końcu w całości, “Drzewo życia”, “Baraka”, “Che”… Istny maraton, którego nie zafundowałem sobie chyba przeszło 5 lat. A kino przecież było kiedyś dla mnie takie ważne. Dodatkowo próbując ustrzelić na zdjęciu zorze do późnej nocy wypijając kolejne kubki herbaty przesłuchiwałem wszystkich zaległych artystów.  Ależ polubiłem jazdę z laptopem. I pomyśleć, że większość życia ten gadżet był mi zbędny. A może dobrze. Dzięki temu nie odcinałem się tak bardzo od innych.

A na Lofotach, pomimo oddalenia mogłem czuć się jak w domu. Przechadzając się wokół co krok dolatywał ojczysty język. Cała masa samochodów na polskich blachach. Chyba połowa tutejszych mieszkańców to my.

P1100669

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *