w samym środku czarnej dziury – na kursie taternictwa jaskiniowego

Ten poranek raczej nie należał do zbytnio przyjemnych. Po przbudzeniu lekki kac, plus to dławiące przez chwile uczucie niezrozumienia. Takiej “niespodzianki” mój umysł, będący jeszcze kilka godzin wcześniej w bajkowym nastroju, przez kilkadziesiat sekund nie mógł zaakceptować. Baza prawie pusta.  Wiekszość ekipy zmyła się bez uprzedzenia…

Początkowy odruch niezadowolenia i cisnące się na usta “dlaczego nikt nie obudził?” szybko przygasił ból głowy i niewielka doza samokrytycyzmu, bo przecież zabawa która pochłaniała nas od kilku dni , nie może być traktowana zbyt luzacko. W przesadnej ilości alkohol raczej nie powinien wchodzić w gre. Byliśmy na obozie jaskiniowym, gdzie zdrowie kursantów, to coś czego sie raczej nie bagatelizuje. Tak czy owak, patrząc kilka lat wstecz w takiej sytuacji czułbym sie przyduszony swoimi marzeniami.  Trochę mniejsze niż kiedyś parcie i uodpornienie na tego typu sytuacje ułatwiło powrót do bezpretensjonalnego stanu rzeczy. Zapewne pomógł fakt, że nie byłem sam. Oprócz mnie na bazie pozostalo dwóch, nadajacych na podobnych falach, przestawicieli krynickiej “goprgrupy”. No cóż, teoretycznie mogła to być nauczka… Ale rest, chociaż wymuszony, też się czasem przydaje.

Jednakże aby nie zmarnowac danego nam czasu, od razu uznaliśmy, iż trzeba wpleśc w życie trochę działania. Niczym swoiste demony pracy rychło wzieliśmy miotły, mopy i inny dostępny sprzęt sprzątający, aby powracajacych z jaskiniowych odmętów współtowarzyszy obozowego szaleństwa, zaskoczyć blaskiem i czystością zakamarków ukrytych nawet pod najbardziej niedostępnym bazowym umeblowaniem. Gdy naszym skromnym zdaniem efekt spełniał oczekiwania, podjeliśmy bezdyskusyjną decyzje o opuszczeniu tego superlśniącego zacisza i raźnym krokiem ruszylismy na miasto. Prawdopodobnie już wtedy, zasiadając w meksykanskiej knajpie, bez zbędnych ceregieli doszliśmy do wniosku, że gdy tylko zostaniemy ponownie dopuszczeni do jakiejś jaskiniowej akcji to… damy czadu!!!

I tak dnia nastepnego, pełni nieskrępowanego żywiołu ruszyliśmy dziarsko przed siebie. Zapewne każdego z nas, kursantów na tego typu ściezkę pchnęły inne bodźce i pragnienia. Jedni by pogłębić wiedzę, czy to o jaskiniach, czy o technikach linowych. Inni by poznać lepiej siebie lub spróbować poprostu czegoś nowego, co a rusz okaże sie być pasją życia. Może wsród nas byli też tacy, którzy targani niewytłumaczalną potrzebą co raz to nowych doznań i emocji, uciekający przed szarością przemijających dni, nie chcą akceptować opcji życia w codziennej, beznadziejnie uśmiercajacej rutynie… Albowiem jaskinie to świat, gdzie szansa na to by tkwić w letargu i nudzie jest znikoma. Świat białych plam czekających na odkrycie. Świat którego próżno szukać w google maps… Raj dla eksplorujących dusz i poszukiwaczy przygód. Miejsce wymarzone dla wybrańców losu, którzy dzięki uporowi lub niebanalnemu szczęściu mogą dotrzeć tam gdzie przed nimi nie był nikt.

Odkrywanie miejsc niezbadanych współbrat z nieustanną, troche obsesyjną potrzebą szukania mocniejszych wrażeń, to było chyba coś, co motywowało mnie najbardziej do tego, aby wreszcie wylądować na kursie. Tym bardziej, że przymierzałem sie do szkolenia w tym kierunku już od jakiegoś czasu. Luka w życiorysie ułatwiła sprawę i pomimo początkowych wahań, na słuszność decyzji nie musiałem zbyt długo czekać. Jeszcze w rożnowskich skałkach, podczas bliższego zapoznania z całą frajdą, doszedłem do dosyć konstruktywnych wniosków. Nie dało się ukryć, iż moje umiejetności pozostawiały wiele do życzenia. Z każdą godziną spędzoną w uprzęży coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że te moje poprzednie, najczęściej solowe próby, przeżyłem tylko cudem. A przecież, o zgrozo, zdarzały sie nawet drobne nauki, ze mną w roli “instruktora” :)No ale, pomimo kilku niepokornych zachowań i w efekcie gróżb o wydaleniu z kursu nadeszła chwila, gdy zupełnie bezkarnie mogłem poczuć smak tatrzańskich podziemi… W moich wyobrażeniach wyczekiwany niecierpliwie obóz miał mi zagwarantować wizyte w kilku uroczych dziurkach, gdzie na brak wrażeń raczej nie spodziewałem sie narzekać. I tak też było…

Apogeum przeżyć, lub jak kto woli hardkoru pozostawione było jednak na dzień, którego hasłem przewodnim było “damy czadu”. Tymi slowami owego poranka kursant, o bardzo dżwięcznym pseudo “pinki”, znany równiez jako doktor house chciał zachęcić co oporniejszego jaskiniowca do bardziej żwawego opuszczania łóżka, tudzież materacu. Tym bardziej, że już na starcie ten wypad zapowiadał się wyjatkowo. Czekało nas bowiem spotkanie z klubową perełką… Pod otworem pojawiło się troche wiecej osób, co zmusiło nas do redukcji, a raczej podziału. Na pierwszy strzał poszła ekipa nowicjuszy, czyli my. Z daleka wyglądający raczej jak teletubisie znikaliśmy jeden za drugim w dosyć skromnych rozmiarów otworze. Tym razem przypadla mi rola zamykającego więc nie spiesząc się zbytnio czekałem cierpliwie na swoją kolej. Gdy nadeszła pomyślam, że odrywam kolejny  koralik z naszyjnika moich dzikich marzeń. Czułem się świetnie. Po chwili oplatający zewsząd mrok zmusił do odpalenia czołówki. Ten niezbędny gadżet w świecie podziemnej eksploracji, pozwala okiełznać ciemność. Jaskinie bowiem to ostoja owej ciemności. Ciemności z którą nawet po wielu minutach wzrok sie nie oswoi i nie wyłonią się żadne kształty i zarysy. Ciemności wyjątkowej, zupełnej, absolutnej… Po pierwszym zjeżdzie , aby przypadkiem nie zostać za bardzo w tyle, bez zwłoki ruszyłem za poprzednikiem. Gdy po chwili doszedłem na koniec kolejki stało się coś, co można określic mianem “potęgi grawitacji”. Strącone przypadkowo przez jednego z nas niepozorne kamyczki, po chwili urosły do rangi czegoś na kształt wanty. No może troche przesadziłem, ale dżwięk jaki zabrzmiał gdy to coś napotkało na swej drodze kask był wystarczająco donośny. Po chwili przyćmił go jednak dobiegający z dołu malo cenzuralny potok slów. Okazało się, że nie tylko głowa kursanta odczuła tak zaskakujaco mocne uderzenie. Rykoszet zrobil swoje i jak by tego było mało na celowniku znalazł sie sam wódz-instruktor. Jego nabrzmiewające opuchlizną w dosyć zatrważającym tempie plecy zmusiły całą załogę do nie cierpiącego zwłoki odwrotu. A miało być tak pięknie… Cały romantyzm prysł i pare minut póżniej znów przywitaliśmy zdziwioną grupę numer dwa, która zwarta i gotowa, przymierzala się aby ruszyc za nami i spotkać jakieś 200 metrów niżej. Świecące nad głowami słońce, które z reguły po wyjściu na powierzchnie dodaje utraconego przy męczącym podchodzeniu animuszu, tym razem jakoś nie cieszyło.  Po wstępnych oględzinach, gdy w powietrzu zawisła groza całkowitego zakończenia tejże spektakularnej akcji, ci wyżsi rangą podjeli decyzje, że nie warto za wcześnie kończyć tak pięknie rozpoczętego dnia. Nastąpiła więc powtórka z rozrywki i w okrojonym składzie zaczeliśmy ponowne zanurzanie w ciemnościach. Pozostali być może z niemałym uczuciem goryczy i braku spełnienia ruszyli w droge powrotną. Szkoda… Ku mojej nieposkromionej radości przygoda trwała więc nadal.  Mimo straconych na starcie minut nie pojawił się pośpiech, czy jakaś niepotrzebna presja. Na szczęście obeszlo się także bez spadajacych mimochodem kawałków skały, uszkodzonych kasków, czy poturbowanego instruktora. Bezproblemowo dotarliśmy tam gdzie zamierzaliśmy. Chociaż do dna daleko, to myslę, że tym co pierwszy raz w zupełności wystarczy. U celu w ruch poszło jak zwykle szturmżarełko, czyli czekolady, żelki i wszelkiej masci smakołyki. Kalorie dostarczone. Szpejarka lżejsza. Sama radość :)Dłuższy przestuj jednak szybko przywołuje ogarniajacy ciało chłód. Trzeba więc ruszyć  zrelaksowane kończyny i zacząć odwrót. Po kolei wpinamy szpej i jeden za drugim, niczym rasowi grotołazi zaczynamy podchodzenie. Dla niektórych z nas najdłuższe jakie było nam dane do tej pory próbować. Wszystko poszło równie sprawnie jak w dół i zanim się obejrzeliśmy dotarliśmy ponownie do otworu, nad którym wciąż gościło słońce.

Po zrzuceniu ubłoconego ekwipunku i pamiątkowych fotkach rozpoczął się szaleńczy bieg do bazy. Energii starczyło by pewnie na jeszcze jedno zejście do podziemi. Na szczęście akcja ta nie pozostawiła jakiegokolwiek poczucia niedosytu ( przynajmniej u mnie). Skacząc więc z kamienia na kamień, w tamtej chwili bardziej zamarzyła mi się raczej eksploracja baru 😉 niż ponowne zagłębienie w ciemną, często mokrą i błotnistą czeluść… Wiedziałem jednak, że nie upłynie zbyt wiele czasu, a moje myśli będą znów tam wracać. Obozowe wspomnienia mogą zadowalać przez krótszą chwile, rychło jednak zakłócą cisze, zamieniając się w kolejne, nie dające spokoju pomysly. Jak dla mnie szansa, że poprzestanę na tych kilku jaskiniach jest praktycznie znikoma. Może nie będą to giganty w postaci Krubera, czy “Lampo”, ale pomarzyć zawsze można 🙂

Jedna myśl nt. „w samym środku czarnej dziury – na kursie taternictwa jaskiniowego”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *