gdzieś na szczycie góry – biwak na górze kościuszki

Ten dzień zaczął się ot tak, zwyczajnie, . Dwóch upalonych skejtów i ich wyjątkowy wehikuł. Pod górę z trudem osiagał zawrotną predkość  30, by po chwili przerażonym oczom ukazywał się zamknięty licznik i nawet najostrzejszy zakręt nie wymuszał na prowadzącym zdejmowania nogi z gazu. Przecież nie można wytrącać prędkości, która z takim trudem została osiągnięta. Takie Las Vegas Parano w wersji australijskiej. Po kilkudziesieciokilometrowej, pelnej czasem smiesznych, czasem strasznych zwrotach akcji jezdzie docieram do Thredo. Taki sobie gorski kurort, w ktorym wlasnie pelna para ruszyla robota. Sezon narciarski tuz, tuz.

Wokol niestety szaro i ponuro. Wiszace na niebie chmury nie napawały zbytnio optymizmem, ale skoro juz tutaj dotarlem, to czas wziasc sie w garsc i zaczac dzialac. Plan z zalozenia był prosty. Wejsc na wierzcholek, spedzic tam noc i nastepnego dnia zejsc.
Gór nie ma w tym kraju za wiele, na dodatek wysokoscia wybitnie nie porywaja, ale gdyby przypadkiem, kiedys przyszla mi ochota na kompletowanie szczytow najwyzszych kontynentow, to ten jeden bedzie juz “zaliczony” 🙂
Moglbym oczywiscie ulatwic sobie zadanie. Kolejka krzeselkowa, po czym krotki spacer i pagorek “zdobyty”… O nie takiej haniebnej mysli nawet nie dopuszczałem do glosu. Zarzuciłem wiec swoj warzacy zdecydowanie za duzo i przepelniony wieloma raczej malo przydatnymi w obecnej sytuacji drobiazgami, plecak i ruszyłem smialo przed siebie…
Szybko nadeszła jednak ochota na redukcje wagi. Z racji dosyc poznej pory, czyli idacego za tym pospiechu, nadal brnołem w gore, bo przeciez nie mogłem tracic czasu na przepakowywanie i szukanie miejsca, gdzie moglbym ukryc te kilka kilogramow nadbagazu.
Nad glowa zdziwione miny tych, ktorzy wybrali ta latwiejsza opcje przemieszczania sie w gore i w dol. Od czasu do czasu raczony byłem ironicznym, pelnym politowania usmiechem lub nieporadnym machnieciem. W gescie pozdrowienia. Oooo znam wasze mysli… Tez mam wrazenie, ze jestem nienormalny.

Na przemian przenikliwe zimno, a po zalozeniu dodatkowych warstw odziezy zaraz ociekłem potem. Na szczescie po osiagnieciu gornej stacji kolejki zrobiło sie bardziej plasko. Krotki rest, po ktorym wkraczyłem na trakt, jakiego moje oczy w takiej skali jeszcze nie widzialy. Po prostu metalowa, umieszczona pol metra nad ziemia sciezka, ktorej nie mozna zgubic… Był w tym przynajmniej jakis pozytyw. Moje tempo zdecydowanie wzrosło. Zwiekszyła sie wiec szansa, iż zdarze przed zapadnieciem zmroku.

Tutaj zima na calego. Wszedobylska biel, za ktora gdzies gleboko ukradkiem tesknilem. Nie była ona jednak taka, jaka chcialbym ujrzec najbardziej. Przykryta ciemnymi chmurami, mgłą i nadchodzaca nocą na konfrontacje z którą sprzetowo raczej nie byłem przygotowany. To przeciez tylko 2000 z hakiem. Jakos przebytuje…
Wierzcholek przywitał mnie jeszcze jasnoscia dnia. Po paru minutach jednak namiot rozbijałem juz przy swietle czolowki. Wskakuje do srodka. Chwile pozniej jestem w spiworze. Poniewaz od kilku miesiecy przemierzalem zdecydowanie cieplejsze krainy nie zadbalem bynajmniej o cos mogacego zapewnic komfort w temperaturze ponizej zera. Już wtedy czułem, ze o jakimkolwiek snie tej nocy bede musial zapomniec.
Okazało się, a jakże być zdecydowanie zimniej niż mogłem przypuszczać, czy śnić. Szybka kolacja i zaczęły sie kolejne rozkminki nad tym co ja tu do cholery robie. Owiniety dodatkowo folia ratownicza probowałem jakos odizolowac sie od przeszywajacego na wskros zimnego podloza. Nie wiele mogłem jednak zdzialac. Jakiekolwiek przyjąłem pozycje, to i tak moje cialo było odległe od zadowolonenia i najzwyczajniej w swiecie dygotało.
Dodatkowo na zewnatrz rozpetala sie wichura przynoszaca kolejne zmartwienie. Od padajacego sniegu namiot zaczął przeciekac, aby po chwili dotarło do mnie, ze spiwor w oklicach stop przesiakniety jest wilgocia. Tego tylko brakowalo. Przeciez miałem za soba kilkumiesieczne leczenie odmrozonej stopy… Aby przypadkiem znow nie doszlo do czegos podobnego wykonuje najrozmaitrze ruchy nogami, po czym wkladam je wraz z spiworem w podreczny plecak. Niestety przynosi mi to raczej znikoma ulge.
I tak az do rana. Jesli nawet na chwile pojawia sie sen, to i tak zaraz odchodzi w zapomnienie. I znow liczenie minut w oczekiwaniu na swit…
To byla dluga noc. Najczesciej w takich sytuacjach ochoty na wstawanie nie mam zbyt wielkiej. Tym razem jest jednak inaczej. Czym predzej musze rozruszac przemarzniete kosci. Wszelkimi podskokami probuje pprzywrocic krazenie w stopach.
Widokow ze szczytu niestety nie dane jest mi podziwiac. Zwijam więc szybko bajzel umykając w strone upragnionego ciepla.
Szybki marsz juz po chwili przyniósł ulge. Do cywilizacji dotarłem chyba w godzine. Puste ulice sprawiajace jakby nikt tutaj nie mieszkal. Zapewne szarzyzna wstajacego dnia odstrasza chetnych do wychodzenia z lozek. Wyglada na to, ze ucieczka z tego miejsca nie bedzie taka latwa.
Wychodze na glowna droge. Byc moze tam znajde jakies oznaki zycia. Juz po chwili spotykam reportera, ktory przybyl z wielkiego miasta sprawdzic czy sezon juz wystartowal… Tym sposobem temat sniegu, ktorym mial uraczyc jedna ze stron ogolnokrajowej gazety, zamienia na opis wciaz zywego, choc nie do konca legalnego autostopu w Australii, plus maly bonus o tym, jak to niektorym przybysza z dalekich krain zdaje sie brakowac czasem zdrowego rozsadku…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *