stąpając po niepewnym gruncie

Nowozelandzka zima okazała się być wyjątkowo łaskawa. Od dwóch tygodni każdego dnia na niebie pojawiało się słońce. Jedynie nocami temperatura uprzykrzała trochę przebywanie w tym pięknym kraju. Na szczescie okazji do testowania mojego letniego ekwipunku biwkowego było niezbyt wiele. Couchsurfing sprawdzał się wyśmienicie, a nawet jeśli nie miałem zapewnionego noclegu, to w ostatniej chwili z reguły i tak trafiał się ktoś mający jakąś wolną przestrzeń pod dachem.
Zeszłą noc spędziłem jednak na trybunach niewielkiego stadionu, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Kilka dosyć imprezowych dni spędzonych w towarzystwie pełnej niebanalnych pomysłów lokalnej bohemy wpłynęło jakoś tak dziwnie miażdżąco na wątrobę. Mówiąc więc używką “stop” uznałem, że czas się trochę pomęczyć. Do łask wróciła karimata…

Brak przyjemnego ciepła z kominka dał o sobie znać szczególnie o świcie. W miarę szybko doszedłem jednak do siebie. Takie miejscówki, wokół których myśli krążyły już nie raz działają na wyobraźnie i nie dają zbytniej szansy na lenistwo. Byłem przecież w Queenstown, światowym centrum sportów ekstremalnych, które uznałem, że tego pogodnego ranka można byłoby już opuszczać. Za dużo turystów, przez co miasto w moich oczach traciło trochę swego uroku.
Początkowe zamierzenie udania się na kilkudniowa górska wyrype, po dluuugiej próbie dostania się stopem do początku szlaku, odeszło w zapomnienie. O tej porze roku nikt się tam nie wybiera, bo lawiny i nieprzewidywalne zmiany pogodowe odstraszają potencjalnych śmiałków. No cóż, wątpliwości rozwiały się same. I tak ochotę miałem raczej średnią 🙂
Minęła spora część dnia, a ja nadal krążyłem po okolicach. Najwyższy czas ruszac dalej. Destynacja pozostała ta sama, tylko trzy dni wędrowania zamieniłem na trzysta kilometrów okrężnej drogi.

Powoli udałem sie za miasto. Kciuk w górę i po minucie tkwiłem w autobusie. Oczywiscie darmowym. Kierowca też kiedyś jeździł stopem…
Po kilkunastu kilometrach, ledwo zdarzyłem wyrazić wdzięczność, a już z piskiem opon zatrzymał się kolejny pojazd. Tym razem osobowy. Za kierownicą młoda dziewczyna, dla której jeszcze niedawno domem była Irlandia. Kaz to kolejna osoba z zatłoczonej Europy, która tutaj znalazła swoje szczęście.
Po dwóch godzinach jazdy i gadaniu o przyjemnościach tego świata wylądowałem w kolejnym domu z kominkiem. Na początek kolacja i regionalne, tanie wino dla podkręcenia atmosfery 🙂 Zapowiadało się trochę romantyzmu. Stęskniony dobrego kina rzuciłem hasło, że może by tak jakiś film. Aby było jeszcze bardziej bajkowo wybór padł na “Transformers”. Nie do końca moje klimaty, ale nie chciałem wybrzydzać. I tak wpatrzony w poczynania robotów z kosmosu na ziemskim globie, zapomniałem o całym świecie…

Ze swoistego letargu wyrwało mnie nagle jakieś dziwne uczucie. poczułem jakby kanapa na której siedziałem zaczęła obijać się o ścianę. Przez pierwsze kilka sekund nie zczaiłem. Chyba wydawało mi się, ze to Kaz, która przed momentem wyszła z pokoju ma ochotę na żarty. Dodatkowo na ekranie akcja na podwyższonych obrotach.
Dopiero po chwili dotarło do mnie. To nie moja wyobraźnia, ani halucynacje. Alkoholu przecież też jeszcze nie wypiliśmy zbyt wiele.
Już cały dom się trząsł. Wbiegająca Kaz ma ten sam problem. Pyta tylko -Co to? Retoryczne pytanie, ale sam jeszcze nie wierząc odpowiadam -Trzęsienie ziemi!!!
Miałem wrażenie, ze za chwile dach spadnie nam na głowy. Wybiegamy więc na zewnątrz. Intensywność chwil mogłaby być skrawkiem filmu, który cały czas nieprzerwanie próbuje zagłuszyć poruszające się przedmioty i meble. Swiatła gasną, a telewizor nie daje za wygraną. Po chwili tempo jednak zwalnia. Zaczęło sie niespodziewanie, rozegrało gwałtownie, trwało może minute, dwie…
Wstrząsy coraz słabsze. Staliśmy naprzeciw siebie z wypisanym na twarzy niedowierzaniem. Nie dało się nie dostrzec, ze rytm bicia naszych serc jest duzo szybszy.-To nadal ziemia sie trzesie, czy moze moje nogi? Dosłownie w tym samym momencie także to pomyślałem. Odpowiadam -Ziemia! Wiem jednak, że nie tylko…

Powoli emocje opadały. Jednakże nadal byłem pod ogromnym wrazeniem. Jakby nie było trzesienie ziemi nie zdarza się codziennie. Co jakis czas spokoj przerywały wstrzasy wtorne. Kazde jednak coraz slabsze. Jeszcze rankiem, jakby na przywitanie lodowka znow zaczela sie poruszac. Tym razem krótko, wiec to już chyba ostatni raz. Tak dla przypomnienia, niczym pożegnalny pomruk na ostrzeżenie. W celu rozwiązania kilku nurtujących nas zagadek dotyczących tego niecodziennego zdarzenia, zaraz po przebudzeniu włączyliśmy radio. Jeszcze wczesniej Kaz dostała wiadomość z Irlandii. A wiec wstrzasy musialy byc spore skoro nawet europejskie media o tym trabia… A jakże, w tym kraju tylko raz było potężniejsze trzęsienie. Już wiemy. Ziemia drgala z sila 7.8 w skali Richtera… To także najsilniejsze tegoroczne wstrząsy na świecie. Bardziej miękki grunt lub kilka stopni więcej, a tonęlibyśmy w gruzach. Zniszczeń, tak jakby na przekór, nie było praktycznie żadnych. Jakieś pęknięcia na ścianach, czy towary, które pospadały z półek, to jedyne szkody. Mimo, iż wstrząsy były odczuwalne w odległości kilkuset kilometrów od epicentrum, to miasteczko do którego trafiłem tamtego wieczoru znajdowało się najbliżej. Dokładnie przy samym fiordzie, z którego wydobył się pierwszy niekontrolowany i złowieszczy szmer.

Intensywność tego niebywałego przeżycia była ogromna. Żadne słowa nie są w stanie oddać tej mieszaniny strachu i czegoś na kształt szalonej ekscytacji, które towarzyszyły mi podczas tych kilkudziesięciu niezapomnianych sekund. Sekund trwających jednak dłużej niż zwykle. Kolejny raz los udowodnił mi, iż robi wszystko, abym mógł być codziennie czymś zaskakiwany. Dzięki temu życie to ciąg niesamowitych, chociaż niekiedy dziwnych doświadczeń… a nuda, to coś co po prostu nie istnieje 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *