góry aż do nieba i zieleni krzyk, polna droga pośród kwiatów i złamany krzyż – pierwszy biwak – Beskid Niski, Bieszczady

biwakowanie w bieszczadach

Kolejny wyjazd na kanwie ucieczki. Dysfunkcyjny klimat w rodzinie nie wplywa zbyt dobrze na psyche… Dom to niestety nie zawsze bezpieczna przystan. W pewnym momencie pomyslalem, ze wlasnie w takich chwilach ludzie strzelaja sobie w leb. Z bezradnosci, w starciu z nieprzychylnoscia otaczajacego swiata. Jak nigdy stalem sie ostatnio sklonny do naduzyc pesymicznego tonu. Z wiecznego optymisty i pelnego nadzei mlodego czlowieka, zmienilem sie w przemeczonego i ogarnietego jakas dziwna presja cynika. A moze to tylko efekt srodowiska i widocznej golym okiem frustracji wokol mnie? Bo przeciez zawsze najlepiej czulem sie w otoczeniu pelnym energii i pasji. Zarazliwej, nieskrepowanej, szalonej…

Wybor padl na Bieszczady. Nadal bedace takim bezpiecznym kierunkiem. Azylem. Gdy cos idzie nie tak i trzeba z roznych powodow zmienic nagle plany, to zaszywam sie wlasnie tam. Chociaz w swoich poczatkowych, jakze smialych zamierzeniach obralismy duzo bardziej poludniowy kierunek, w efekcie po pelnym offroadowych akcentow rajdzie przez dzicz beskidu niskiego dotarlismy nad Soline. Slusznosc wyboru szybko sie potwierdzila. Pomimo pojawiajacych sie w tle klotni i spiec Lilka swoim wyjatkowo nieprzewidywalnym sposobem bycia zmiekczala nasze wciaz zbuntowane i niepokorne charaktery. Noclegi pod chmurka okazaly sie dostarczac jej rownie duzo radosci co tacie. I bardziej zabawnego pomocnika w rozstawianiu namiotu ciezko sobie wyobrazic. A czynnosci, jak chociazby wbijanie sledzi przez niespelna poltorarocznego szkraba wprost powazlaly na kolana.

W miedzy czasie korzystajac z niewielkiego oddalenia wbilem sie na chwile do sasiadow ze wschodu. Pozostawiajac dziewczyny samym sobie, gdzies na lawce w Ustrzykach ruszylem pedem ku granicy. Calosc trwania “wyprawy” przewidzialem na godzine z lekkim hakiem. Mialy byc drobne zakupy, tankowanie i wstecz. Jakiez bylo moje zdziwienie, gdy po dotarciu przed oblicze celnikow zostalem przytrzymany w celu wyjasnienia roznic w numerach na karoserii. To nic, ze jedne byly tylko najzwyklejsza nalepka, o ktorej zdrapaniu nie zadbalem po wymianie pasu przedniego w moim “superwypasionym” pojezdzie. Wyjasniajace argumenty w stylu, ze Justyna bez pampersow, kasy i wogole, czeka gdzies w parku, przy trzydziestostopniowym upale moglem sobie co najwyzej wsadzic w dupe. Nieugietosc spragnionych lapowki pogranicznikow nie powinna mnie przeciez dziwic. Tutaj podobno kazdy musi posmarowac. A ja w swoim sprzeciwie bylem rownie nieugiety jak oni. Nie tym razem panowie… Po kilku godzinach, juz w drodze powrotnej mialem przed oczami niefrasobliwa mine czekajacej na mnie mamusi… Tak wiec zadbalem swoim partyzanckim wyskokiem o kolejna dawke pretensji Tym razem przynajmniej po czesci uzasadnionych. Na szczescie bieszczadzko-schroniskowy klimat poskromil na jakis czas kobieca zlosc, ulatwiajac jeszcze bardziej cieszyc sie zyciem…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *