z bunią

upadamy wtedy gdy nasze życie przestaje być codziennym zdumieniem

Male dzieci lubiłem zawsze za tą ich totalną szczerość. Mogłem się z nimi nawet bawić, byle krótko. Wychowywanie własnych chyba mnie przerastało. Odkładałem na później, bo przecież zdążę. Bałem się ograniczeń i odpowiedzialności, Samorealizacje znajdowałem w czymś zupełnie innym, a rodzicielstwo nie było chyba dla mnie. Ta odbierana przez lata jako wątpliwa, przyjemność spadła na mnie jednak na tyle nagle, iż nie zdążyłem się nad tym głębiej zastanowić. Na dodatek w okresie wzmożonej aktywności zwyczajnego pecha.

Pomimo wielu kłód pod nogami brnąłem do przodu, szybko przestawiając psyche na troche bardziej altruistyczne tory. Począwszy od bardzo widocznych kopniakow w brzuchu, świadczących juz wtedy o wyjątkowej ruchliwosci, poprzez cięcie pępowiny, czyli jedno z tych przeżyć, których jeśli bym sie nie podjął na bank bym żałował. Potem te pierwsze bezzębne uśmiechy, troche nieporadne słowa, gesty i upadki to chwile które kładły mnie na kolana. Myślę że nawet najbardziej zatwardziała i pozbawioną wrażliwości osobę może takie coś zmiękczyć. A dla mnie, chociaż nie mam zamiaru z niczego rezygnować, córka szybko stała się bez dwóch zdań nadrzędną wartością.

Nadal tęsknię za tymi wszystkimi przygodami, które tak jakby mnie omijają. Na szczęście jestem świadom, że to tylko przejściowy zastój i wkrótce, może już nie tak beztrosko, ryzykownie, ale bardziej rodzinnie. Zacznie się szaleństwo i jeszcze większa podróż niż dotychczas.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *