w tle pireneje

on the road again ale jakoś tak inaczej – na hiszpańskiej drodze

Poruszanie kwestii kasy działa na mnie drażniąco. Z reguły unikam gadania na ten temat, a jak ktoś pyta ile zarabiam, to od razu mam przed oczami naszego barda gdy śpiewa w każdym jednym towarzystwie tylko mowa o pieniądzach… I tak to w rzeczywistości wygląda. Dziś flota rządzi światem…

No ale przechodząc do sedna. Trochę wbrew sobie, czas jednak poruszyć kwestie forsy, a raczej wydawania jej więcej niż by się chciało. Jesteśmy w Hiszpanii, a właściwie w Katalonii. Spodziewając się zastać kryzys, który tu podobno w rozkwicie wyobraziliśmy sobie przy okazji cenowy raj. Zaślepieni nadzieją, że będzie tanio nie fatygowaliśmy się bynajmniej, by jeszcze przed przylotem skonfrontować to z realem. A real nas bardzo niemiło zaskoczył. Sam nie wiem skąd moja wyobraźnia wytrzasnęła noclegi po 10 euro na głowę. Takich tu niestety nie ma. Będąc wierny idei budżetowego poznawania świata pojawił się więc mały problem. Mając pod skrzydłami dwuletnie maleństwo ciężko jest położyć się pod płotem na kawałku trawy. Pozostają komfortowe zacisza hoteli, które pomimo, iż o tej porze roku świecą pustkami na upusty cenowe raczej nie ma co w nich liczyć.

Atmosfera stała się więc napięta. A wyczekiwany tak bardzo czilałt raczej średniego formatu. Konflikt zawisł w powietrzu i pomimo usilnych starań szybko okazało się, że sensownego, zadowalającego wszystkich rozwiązania po prostu nie ma. Dodatkowo pora roku na wizytę w Pirenejach też wybrana była chyba zbyt pochopnie. Otaczająca mgła nijak się miała do wyobrażeń o iskrzących w słońcu ośnieżonych wierzchołkach. Dla poprawy podupadających nastrojów postanowiliśmy zajrzeć do będącej prawie po drodze Andory. Tak naprawdę bez bliżej uzasadnionego celu. Głównym urozmaiceniem miał być w tym przypadku autostop, gdyż nasz wypożyczony wehikuł nie mógł opuścić hiszpańskich granic. No chyba, że za dopłatą… Krocząc dziarsko przez przejście naszym jedynym zmartwieniem było nieposiadanie dziecięcego fotelika. Nie byliśmy pewni czy kierowcy chętnie wezmą na siebie to drobne ryzyko mandatu. Szybko okazało się, że niepotrzebnie zawracaliśmy sobie takim drobiazgiem głowę  Pierwszego pojazdu bowiem nawet nie trzeba było zatrzymywać. Kierowca, a zarazem tata jeszcze na granicy sam zaprosił nas na pokład.

Andora to raczej nie ten typ miejscówki, której byśmy na tej wycieczce pożądali. Interesująca głównie dla fanów szopingu, w niektórych przypadkach tańszego niż u sąsiadów. Decyzja o odwrocie podjęta więc szybko, a stop okazał się równie sprawny jak poprzedni. I Lilka znów zasiadła całkiem wygodnie w foteliku… A po powrocie. Zagadani na ulicy katalończycy krótką rozmowę skwitowali zaproszeniem na nocleg.  Wspinaczkowa brać u której spędzamy wypełnioną deszczem noc jako, że obeznana z górami i znająca najbliższe prognozy zachęca nas tylko do jednego. Dla naszego dobra powinniśmy opuścić góry. Nasze letnie ogumienie może nam to później skutecznie utrudnić. Aura bowiem na najbliższe dni brzmiała raczej złowrogo… Z pewnym bólem i niechęcią ruszyliśmy więc na południe. Żegnajcie Pireneje. Ta krótkotrwała znajomość pozostawia niedosyt, który jednakże potęguje postanowienie powrotu.

IMG_4858 IMG_4865IMG_4960IMG_4971 IMG_4978 IMG_4999 IMG_5002 IMG_5005 IMG_5011 IMG_5028 IMG_5076IMG_5073IMG_4902IMG_4967IMG_4895

2 myśli nt. „on the road again ale jakoś tak inaczej – na hiszpańskiej drodze”

  1. Wasze podróże mnie fascynują ! Zastanawiam się jednak nad jednym , czy nie boicie się że was ktoś napadnie , uprowadzi dziecko czy też zrobi mu krzywdę ? Ja bym umarła ze strachu ! Dla tego jestem pełna podziwu waszej odwagi . Moje obawy mnie hamują przez co nigdy się nie odważę na tego typu przygody , choć apetyt jest . Lilka będzie dumna jak urośnie i zobaczy gdzie i w jaki sposób podróżowała . Pozdrawiam

    1. hej 🙂 dzięki za docenienie, a co do meritum, czyli kwestii, czy się boimy czy też nie, to sprawa wygląda tak, że zawsze jakaś tam obawa jest, albo raczej świadomość… Gorzej ma Justyna, bo jako mama to czasem ma fazy dostrzegania więcej zagrożeń. U mnie jest prościej, bo powiedzmy, że wierze w dobrą karme 🙂 i wychodzę z założenia, że nawet na własnym podwórku można się potknąć… A poza tym jak na razie wybieramy kierunki nazwijmy to bezpieczniejsze. A kiedyś, to może będzie nawet jakiś Afganistan 😛
      pozdrawiam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *