daj sie ponieść – tubing na Sumatrze

Ta rzeka wydaje się być bardziej mroczna, niż moglem sobie wyobrazić. Zdecydowanie bardziej mroczna, niż mgła przyklejona miejscami do znajdujacej sie wokół ciemnej dżungli. Czuję, że serce bije mi coraz mocniej. Strach? Ekscytacja? A może jeszcze coś innego? W zasięgu wzroku próbuje odnależć jakiś mniej wzburzony odcinek. Tak aby początek jakoś przetrwać. Przez chwilę pojawia sie myśl, że to chyba nie jest dobry pomysł… Gdy poprzedniego dnia zawitaliśmy do jednego z najlepszych instruktorów raftingu w całej Indonezji, z myślą, że czas spróbować swoich sił na najtrudniejszej sumatrzanskiej rzece w mojej głowie tkwiła wizja kolejnej wielkiej przygody. Sprawy jednak przybraly nieco inny obrót. Aby wydatek na tego typu przyjemność był do przyjęcia, musielibyśmy zwerbować jeszcze conajmniej czterech takich jak my straceńców. Nas jednak jest tylko dwóch, chociaż wydaje mi sie, że ochota większa niż u dziesięciu. Po trwajacych jakis czas negocjacjach pada haslo tubbing. przypomina mi sie Laos i banda plywajacych na detkach turystow. Wiekszosc w bajkowo, alkoholowych nastrojach. Ta rzeka jednak wyglada troche inaczej. Zdaje sie nie tolerowac we krwi promilow. Jest dzika, a bystrza siegaja piatej kategorii. Tak wiec praktycznie za darmo mamy do dyspozycji detki, kaski i kamizelki. Usmiech na twarzy, no i chyba lekka niewiara w nasze sily, wychowanego tutaj i znajacego kazdy kamienna rzece Robiego, mowi wszystko. Zapewne pojawiali sie juz tacy, ktorym wydaje sie brakowac zdrowego rozsadku. Mimo dostrzegalnego w nim spokoju, w oczach tkwi jednak szalenstwo i lobuzerka, wiec wyglada na to, ze nas rozumie 🙂 Umawiamy sie wstepnie na siodma rano, bo po co tracic czas… Niestety poprzedniodniowe, siegajace zenitu podekscytowanie przycmil o poranku intensywnie padajacy deszcz. Wokol totalna szarzyzna, zimno i ponuro. Mysle, ze megawrazliwcy wlasnie w takich chwilach lapia depreche. Z opuszczeniem przyjemnych spiworow zwlekamy chyba do dziewiatej. Pierwsze mysli mowia, ze nici z naszych planow. Hmm…mialo byc tak pieknie. Jeszcze zza moskitiery spogladam na pakujacego sie Jiri, ktory po chwili trzezwo zauwaza, ze przeciez i tak bedziemy mokrzy. To przeciez rzeka. Co za roznica, czy z gory pada deszcz, czy swieci slonce? No jasne:) A myslalem, ze to przez moje namawianie ten czeski tramp godzi sie na to wszystko… Nadal jednak mam wrazenie, iz jakos sie specjalnie nie spieszymy. Czyzby przeczucie? Powolne, spokojne sniadanie i proba udzielenia odpowiedzi nowo poznanej indonezyjskiej dziewczynie; co to wlasciwie jest ten tubbing. A kto to wie. Przeciez jeszcze nie probowalismy:) Gdy godzine pozniej stoimy nad brzegiem zakladajac kamizelki, juz o nic nie pyta. Obiecuje tylko napisac maila, nie wierzac chyba w nasze przetrwanie 🙂 A wiec jednak to robimy… I pierwsze pytanie. Jak wskoczyc do wody, aby pozostac na detce i sie oczywiscie nie utopic? Na pierwszy ogien Jiri. Kilka sekund obserwacji i znika za zakretem. A teraz moja kolej. Yaaa…a jednak, juz po chwili laduje obok detki, na ktora na szczescie w kilka sekund pozniej sie wdrapuje. Woda jest cieplejsza niz przypuszczalem. A wiec jakis pozytyw. Przynajmniej nie zamarzniemy. Poczatkowo w miare spokojny odcinek pozwala oswoic sie z obecna sytuacja. Chwile pozniej dostrzegam na horyzoncie spienione, biale fale do ktorych zblizam sie w zatrwazajacym tempie. Juz nie ma odwrotu, nie ma ucieczki. Mowie do siebie, ze sam tego chcialem, a po chwili nie moge zlapac oddechu. I co dla wielu moze zabrzmiec dziwnie, daje mi to ogromna radosc. Tylko lekki zal, ze nie mam do kasku przytroczonej kamery, albo chociaz aparatu, ktorym moglbym uwiecznic te chwile. Nie przypuszczale, ze bedzie to takie przyjemne. Czlowiek to niekiedy dziwna istota 😉 Troche mniej spektakularnych fal pozwala na wymiane zdan i pierwsze co slysze to: “myslalem, ze nie przezyje” ( po czesku oczywiscie):D. Na opinie ktorym z nas bardziej poniewieralo, nie bardzo jest czas, bo oto przed nami kolejny mlynek. -O kurwa! Tym razem na dobre trace detke i zupelnie bezwladnie mkne z falami jakies 200 metrow. Obijany o skaly, chyba tylko cudem wychodze bez powazniejszych obrazen. Zatrzymuje sie w miejscu z ktorego za nic nie moge sie wydostac. Tylko dzieki kamizelce nadal jestem na powierzchni. czuje jednak, ze dalsza walka z wirem chcacym pokazac kto tu rzadzi, nie potrwa zbyt dlugo. Opadam z sil. Na szczescie detka, ktora zostala gdzies w tyle zmierza prosto na mnie. Mam cie. Nadal jednak za nic nie moge sie wydostac. Po chwili sam nie wiem jak, ale posowam sie w dol. Kilka prob wdrapania sie na detke. Bez rezultatu. Nad glowa dostrzegam most, a raczej drewniana kladke i obserwujacych “moja walke” lokalsow. Po chwili robi sie spokojniej i widze kompana zachaczonego o tkwiace w rzece galezie. Na szczescie takze wychodzi bez szwanku… Po ostatnich chwilach grozy, z troche wiekszym respektem spogladam na wystajace z wody skaly. Zmierzam na ich spotkanie, wiedzac jednak, ze momentami i tak nie bede w stanie kontrolowac tego ryzyka. Zaczynam dygotac. Jestesmy w rzece juz dosyc dlugo, wiec chlod zaczyna o sobie przypominac. A moze to jednak strach? Nie wazne. widze, ze Jiri takze jest juz zmeczony. Decyzja zapadla. Z trudem wychodze na brzeg, gdzie spogladam na otarcia, z ktorych jedno, wyjatkowo swieze ukazuje cieknaca strozke krwi. Jest i kamarat, ktory z uchwyceniem brzegu walczyl kilka minut dluzej. Deszcz nalezy chyba do najcieplejszych jakie w zyciu odczulem. Brak suchej nitki, oraz to przejmujace uczucie, ze bylo warto, powoduje, ze nigdzie sie nie spieszac spacerujemy spokojnie przez wioske. Powoli zapada zmrok. Z domow, gdzie okna czesto sa bez szyb od czasu do czasu dobiega jakis glos mowiacy hello mister 🙂 Nie mija zbyt wiele czasu, gdy siadamy na zewnatrz jednej z chat zaproszeni na wyjatkowo smaczna herbate. Po chwili poznajemy cala, liczna rodzine wiecznie usmiechnietego przewodnika organizujacego wyprawy do dzungli. Zreszta wszyscy wygladaja jakby do szczescia bylo im potrzeba naprawde niewiele. Tutaj zycie toczy sie calkiem inaczej. Bez pospiechu, pedu i niepotrzebnych, wygorowanych ambicji… A ja nie mniej szczesliwy ciesze sie, ze nie urodzilem sie jako chlopiec pragnacy spokojnego, poukladanego w szufladkach zywota. Bec!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *