o jak ja kocham to miejsce

Od tak dawna w drodze. Czyniac z zycia jedna, wielka podroz. Nieustannie przed siebie. Czasem wolniej probujac wtopic sie w klimat. Czasem niczym jakis szalony rajdowiec-obiezyswiat ledwo wpadlem, a juz mnie nie bylo. Aby dalej, aby do przodu. Szukajac swojego miejsca, swojego kolejnego raju… Byc moze gdzies jakiegos nie dostrzeglem zawladniety mysla, ze jeszcze nie czas, nie tu i nie teraz. Czegos brakowalo. Opetany marzeniami albo raczej glodem doswiadczen jakos nie chcialem stanac w miejscu. Los niekiedy dawal szanse, ktore i tak uparcie odrzucalem. Bo czy warto zadowalac sie polsrodkiem? Zreszta bylo mi z tym dobrze. Niewazne gdzie. Kazdy zakatek swiata potrafil zaskoczyc. Ciagle cos nowego. Codzienne zdumienie i zaspokojona ciekawosc. Czasem tylko dopadalo uczucie, ze czas zwolnic i odpoczac. Spojrzec na swiat inaczej. Zadowalac sie widokiem tej samej ulicy, tego samego obrazka na scianie.
I z tym uczuciem wpadlem tu…


Boskie Rio, nazywane przez lokalsow pieklem juz od pierwszych minut dalo sie polubic. Polubic do tego stopnia, ze szybko doszedlem do wniosku, iz to jest wlasnie to… Miasto gdzie moglbym sie zatrzymac, pomieszkac, zostac na dluzej… Miasto majace do zaoferowania tak wiele. Miasto Boga.
A moze to wlasnie wspomnienie tego filmu, ktory notabene nie przedstawial Rio w jasnym swietle bylo jednym z glownych powodow tak duzego zainteresowania zanim jeszcze tu przyjechalem. Seans widzialem tylko raz. Pamietam doskonale dzien. Znow ruszalem w droge. Autostop, Balkany, Turcja po raz ktorys… I poranek, gdy po otwarciu oczu spojrzalem na spakowany plecak. Bylem taki padniety. Bez najmniejszej ochoty aby wstawac. Na polce sterta przywiezionych kilka dni wczesniej od Piotrka z Kraka plyt. Pomyslalem podroz nie ucieknie, no stress. Zaczalem przegladac. Lars von Trier, jakis thriller, komedie, Miasto Boga… a co to? dobra niech bedzie, wyglada ciekawie… Szokujace, kontrowersyjne dzielo o strzelajacych do siebie dzieciakach natychmiast postawilo mnie na nogi. Czarny obraz miasta.
Juz wtedy wiedzialem, ze predzej, czy pozniej dotre takze tam. Wlasnymi oczami ujrzec chociaz skrawek tego swiata i sprobowac przekonac sie ile w tym wszystkim prawdy… Przeciez spora ilosc tutejszych mieszkancow sprzeciwiala sie wypuszczeniu filmu poza granice kraju. Obawiano sie odbioru, ktory moze zniszczyc wizerunek miasta, a nawet calego kraju. Czy tak sie stalo?
Turysci nadal chetnie przyjezdzaja. Wiekszosc nie rusza sie poza plaze, hotel, restauracje. I Corcovado, Sugar Loaf, Lapa jako obowiazkowe punkty programu. Niektorzy wracaja bez portfela, kamery lub z przygoda zycia, gdy to trzech malolatow w ciemnym zakamarku wymusilo nozem lub troche wiekszym kalibrem posiadany w tym momencie dobytek. Takich historii to miasto zna setki…
Zdarzaja sie, nie czesto, ale jednak, te jeszcze mniej pozytywne. Odurzeni, zabijajacy glod najtanszym, swoiscie gownianym odrzutem narkotykowym, czesto ponizej dziesiatego roku zycia, dzieci ulicy… Czasem zupelnie obojetnie postrzegajacy rzeczywistosc, nie zdajace sobie sprawy, ze gdy do kogos strzela, to tego kogos juz najprawdopodobniej nie bedzie. Starcie z nimi moze byc najgorsze…
A favele, czyli dzielnice-slamsy. Tylko ci bardziej zadni wrazen zagladaja. Bo przeciez “nic tam nie ma”. Conajwyzej centrum handlu bronia, bieda, crack za grosze… Niektorzy Carioca czyli mieszkajacy tutaj od urodzenia nie zapuszczaja sie do faveli nawet w dzien. Wspominajac o moich pomyslach i checi przechadzki z politowaniem kiwali glowa, okreslajac mnie jako “tarcze”. A ja tylko mialem ochote wejsc, dojsc i wyjsc 😉 Spojrzec tu i tam. Usmiechnac sie do ludzi. Moze nawet zajrzec do ktoregos domu. I znow tak jak chcialem, tak zrobilem… I nawet przez chwile nie dane mi bylo sie bac. nastepnym razem z aparatem 🙂
A druga strona Rio. Zaczalem od tej ciemniejszej, ktora chociaz interesuje wielu, poznawac chca nieliczni. Rozumiem. Znacznie latwiej i bezpieczniej koncentrowac sie na tym co fajne i przyjemne. Polezec na plazy, zmierzyc sie z falami, pograc w siatke… pozniej zimny skol, antarctica, czy brahma i gapienie sie na zachodzace slonce. Potem do jakiejs knajpy. Dac sie poniesc…
Tutaj kazdy znajdzie cos dla siebie. Wymienianie mozliwosci i tego co ma do zaoferowania miasto jest zgola bezsensowne.
Nawet bedac bez kasy mozna czuc sie dobrze. Nie wspomnialem jeszcze, ze gdy tutaj dotarlem moje kieszenie byly juz praktycznie puste. Wiadomo moglbym poprosic kogos, skorzystac z western union i bawic sie dalej. Ale ja tak bardzo nie lubie komplikowac innym zycia… Poza tym jak to u mnie zwykle bywa wierzylem, iz okolicznosci doprowadza mnie tam gdzie chce. Sam nie wiem jak to sie stalo, ze nie czulem praktycznie zadnego stresu zwiazanego z zaistniala sytuacja. Przeciez az tak wyluzowany to chyba nie jestem… Byc bezdomnym w Rio… Fajnie…
Przyjechalem w weekend. Nie dogralem sprawy z couchsurfingiem i w konsekwencji zadnego hosta, ktory gotow bylby mnie przenocowac. W ostatniej chwili wyslalem awaryjna, grupowa prosbe i mialem podloge na dwa dni 🙂 A potem nic. Kazda kanapa byla juz zarezerwowana. Szczyt sezonu przeciez…
Bylem coraz blizej spania na ulicy lub w namiocie na plazy. Powaga. Pozwolic sobie moglem na maks dwa, trzy dni w hostelu. A co z jedzeniem, biletem do chaty? I tak jadlem glownie tanie, ale dobre salgados i acai. Ogolny czad 🙂
Dokladnie w dniu, gdy musialem sie gdzies przeniesc znow, jak zawsze zreszta, na drodze pojawia sie ktos… Los sie spontanicznie usmiecha… Wpadlem do portu, gdzie przypadkowo przeprowadzana rozmowe na temat statkow do Europy doslyszala jedna z mieszkanek tego wypasionego miasta. Mila, speak english i w ogole… Ladujemy w knajpie. Piwko jedno, drugie i juz mialem gdzie spac. Plus bezwrotna pozyczka, internet za fri i kilka innych nieblogowych dodatkow…
Zaczalem sie wreszcie zabierac za organizowanie powrotu. Ceny o tej porze, to kosmos. Karnawal tuz, tuz wiec na promo nie ma co liczyc. O wodny transport nie mialem juz sily powalczyc… Zreszta obiecalem komus, ze bede w styczniu…:)
Na szczescie cos sie znalazlo. Koszt jak dobra, polska wyplata…albo nowszy model straconego eosa 🙂
Bez wzgledu na wszystko gdzies w srodku towarzyszylo mi megazadowolonie. Wracalem szczesliwy…

Na koniec jeszcze, dokladnie dzien przed wylotem poszedlem ostatni raz podczas tego wyjazdu wykorzystac ocean, powalczyc z falami… Byly ogromne tego dnia, ale przeciez plywac potrafie. Nie zrazony, wypilem jeszcze lodowate piwko dla orzezwienia… Nigdy nie zapomne tych dlugich minut, moze sekund, gdy probowalem wrocic na brzeg z noga, ktora dopadl skurcz… Tylko podczas tej okołoziemskiej włóczęgi srednio raz na miesiac bylem bardzo bliski zrobienia sobie powaznej krzywdy, by nie nazwac tego strata zycia… Czy to bezwladne toczenie sie wzdluz stoku podczas snowboardowych szalenstw w Nowej Zelandii, czy awaria aparatury podczas nurkowania na Bali, czy atak bardzo jadowitego weza w polnocnych rejonach Australii… Takie chwile, dzieki ktorym jeszcze mocniej czulem, ze zyje… Tym razem jednak, lezac przez kilka minut z glowa w piasku, po tym jak ratownik wyciagnal mnie z odmetow Atlantyku pierwsze o czym pomyslalem to ze czas przystopowac…

Ogolnie ta historia nie ma jeszcze konca. Moj czas w Rio dopiero sie zaczyna… Na jakis czas musze jednak zniknac z tych ulic…

tak apropo dobry tekst o favelach spisal na swoim blogu zanim po powrocie zginal w wypadku Kuba Fedorowicz. Polecam:

http://mygrandtour.pl/2011/cidade-de-deus-%E2%80%93-miasto-boga/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *