zaraz startujemy

kiedy byłem mały zawsze chciałem dojść na koniec świata – autostopem na Nordkapp z siedmioletnią córką

Chyba jeszcze do żadnego wyjazdu w moim życiu nie podchodziłem aż tak poważnie. A może po prostu jestem obecnie pewien, że moją najważniejszą życiową misją jest jak najbardziej wartościowe wychowywanie córki. Świadome po prostu… Pewnie często to powtarzam, ale tak po prostu czuję. Rodzicielstwo daje mi maksymalną przyjemność i satysfakcje. A dodatkowo robienie wciąż tego, co zawsze kochałem nabiera innego wymiaru. Każdego dnia uczę się przy okazji bardzo wiele, mojemu dziecku pokazując często, że warto bez obaw sięgać tam, gdzie wzrok nie sięga. I na pewno podczas minionej wycieczki udało mi się co nieco takim podejściem ją zarazić. Ten wyjazd pobił zresztą wszystkie wcześniejsze.

Bardzo długi czas chciałem by moje życie przebiegało głównie w drodze. I przy okazji otaczać się ludźmi pełnymi życia. Tak też zrobiłem. Ruszyłem i nie miałem zamiaru zawracać. Cała masa niesamowitych doświadczeń pozwoliła mi się łatwiej zdefiniować…
Podróżowanie z córką jest trochę inne. Uczy mnie czegoś innego. Pomimo iż nie zamienił bym za nic tamtych chwil, to jednak na tyle dojrzałem do rodziny, iż z całą pewnością mogę już powiedzieć, że tegoroczny trip jest najlepszym w moim życiu… Jeszcze lepiej wiem czego warto się trzymać. Wiem też co przemineło. Lub też czego nigdy nie było…

Chwilę temu niestety posypała nam się rodzina. Tak czasem bywa, ale w efekcie okazało się to najlepszym prezentem od losu. Mieszkamy od kilku lat w Norwegii, krainie która pod względem natury jest na pewno wyjątkowa. Chociaż jesteśmy tutaj już kilka lat, to kraj ten nadal się nie nudzi. Cały czas go poznajemy wciąż nie mając jednak dosyć. Tym razem uznałem więc, że przejedziemy ten kraj z południa na północ. I z powrotem.
Autostopem oczywiście… Tylko ja i moja siedmioletnia córa.

wymarzony team

Dokładnie następnego poranka po skończeniu pierwszej klasy ulokowaliśmy się na wylotówce Stavanger w kierunku północnym.

startujemy

I jazda. Czekała nas masa wariackich przygód…

Stop jak wiadomo jest wyjątkowo nieprzewidywalny. Jeśli ktoś lubi mieć plan dopracowany jak najlepiej, to w takim sposobie podróżowania może być ciężko się odnaleźć. Pewnego rodzaju spontaniczność to podstawa. Umiejętność improwizacji oraz łatwość podejmowania decyzji też się przydają. I cierpliwość! To w przypadku gdyby coś nie do końca szło tak jak powinno…

w oczekiwaniu na otwarcie tunelu

Jeśli chodzi o podróż z dzieckiem, to poprzeczka jest jakby podniesiona. Trzeba zdawać sobie sprawę, że nasz malec może gorzej znosić niesprzyjające okoliczności. Trzeba więc pomyśleć zawczasu o tym jak spędzać czas, gdy z nieba nieprzerwanie pada deszcz, utkwiliśmy w lipnym miejscu, czy jakiś odcinek drogi jest tego dnia nieprzejezdny… Jeśli chodzi o naszą córkę, to mamy akurat sporo szczęścia. Najczęściej bowiem dominuje energia.

dominująca energia

Poza tym nie bardzo wyobrażam sobie taką podróż, gdy rozmowa z dzieckiem nie sprawia nam przyjemności. Taki malec jest bowiem wszystkiego ciekawy, a więc pytania mogą być przeróżne. Poza tym można zabrać jakiś przydatny drobiazg, by wolne chwile upływały w wartościowy sposób.

malujemy

Na pewno przydaje się gadżet, z którego sam próbuję korzystać jak najmniej – smartfon. Idąc jednak z duchem czasu nie można dziecka całkowicie odciąć od świata tego typu. Przydają się oczywiście wszelkie gry edukacyjne, czy chociażby karty, w które można grać nawet podczas jazdy.

gramy sobie w karty

Ale to tylko w przypadku, gdy jazda z jednym kierowcą jest wyjątkowo długa. Bo wiadomo, że każdy ma do opowiedzenia swoją historię. Tak więc czas upływa na przeróżnych rozmowach. Przy okazji nauka języka jest najbardziej skuteczna. A w przypadku, gdy zmęczenie bierze górę, to można nawet zaliczyć drzemke.

zaraz będziemy spać

Jeśli chodzi o spanie, to w przypadku Norwegii jest to temat lekko skomplikowany. Jak wiadomo prawo pozwala korzystać z natury do woli, czyli spać gdzie tylko nam się podoba. To znaczy prawie, gdyż o spanie na czyimś podwórku dobrze jest się spytać właściciela. Bowiem norweskie Prawo do Natury (allemannsretten) pozwala nocować wszędzie, byle byłoby to w odległości nie bliższej niż 150m od najbliższego zabudowania.

dziki biwak

Jak wiadomo norweska pogoda może delikatnie skomplikowac wszelkie śmiałe plany, a jadąc z kilkuletnią dziewczynką, nie bardzo mogłem nastawić się na bycie aż tak spontanicznym. Wskoczenie pod most, by spędzić jakoś deszczową noc nie bardzo wchodziło w grę. Poza tym jak wiadomo Norwegia należy do czołówki krajów, gdzie budżetowe szlajanie się jest dosyć wątpliwe. Spędzenie trzech tygodni spiąc w hotelach byłoby zbyt destrukcyjne dla naszego konta. Oczywiście trzeba było brać pod uwagę fakt, że coś może nie do końca pójść zgodnie z planem, a więc jakiś hotel mógł być jedynym wyjściem. Podczas tejże wycieczki los tylko raz pchnął nas w coś takiego, przy okazji fundując niebanalną przyjemność. Ogólnie bowiem większość nocy bazowaliśmy u rozsianych po całej Norwegii naszych rodaków. Część już znałem, innych widzieliśmy w cztery oczy pierwszy raz. Zresztą między innymi właśnie dzięki takim ludkom obecnego stylu życia nie zmienił bym za nic…

I od niedawna całkiem lubię selfiki. Nie ukrywam, że kiedyś byłem do tego typu zdjęć dosyć krytyczny. Wszystko się jednak cały czas zmienia. Ustrzeliłem więc kilka fot, które niekiedy doskonale odzwierciedlają moje ostatnie motto – “po co poważna twarz gdy świat nakręca dobrze?” 😉

u MichałaDagmara i jej dzieci kończąc jazde z Pawłem

No ale nawet mój wyjątkowy optymizm jeszcze przed startem zaczął lekko wariować. Ten rok bowiem fundował tyle nieprzeciętnych chwil, iż pojawiły się wątpliwości, czy przypadkiem coś zaraz nie pieprznie. Jest jakby zbyt pięknie…

Ruszyliśmy jednak i już pierwszego dnia zapomniałam o tych negatywnych przeczuciach (które pojawiły się pierwszy raz w życiu btw.), a doświadczenia z drogi szybko utwierdzały w przekonaniu, że lepszej metody na to by spędzić z córką wakacje nie mogłem wybrać.

Na Lofotach

Na pewno decyzja, by śmignąć stopem z siedmioletnim maluchem na tak długą eskapade dla wielu nie była zbyt rozsądna. U mnie jednak nawet przez chwilę nie pojawiła się myśl, że decyzja jest jakkolwiek nietrafiona… Łącznie po powrocie do chaty nasz licznik wybił ponad 6000 kilometrów.

Środki transportu były wszelakie. Od najnowszej Tesli, po prawdziwie offroadowego Defendera. Z przepraw promowych korzystaliśmy 15 razy. Stuprocentowo złapanych na trasie stopów było łącznie 55. Kilkakrotnie byliśmy podrzucani gdzie trzeba przez naszych znajomych.

Był wśród nich kierowca, który zabrał nas dwukrotnie. Svein wraz z żoną podrzucał nas pierwszego dnia jadąc na północ, by po prawie trzech tygodniach zabrać nas po raz drugi. Tym razem dosłownie chwilę wcześniej przyleciał helikopterem z platformy wiertniczej, by przeprowadzić szkolenie w Stavanger. Łapaliśmy dopiero 30 sekund. Lądując przy tym pod próg naszych drzwi.

Svein

A trzy tygodnie wcześniej już pierwszego dnia narzuciliśmy sobie całkiem spory odcinek do przejechania. Jak skakać to na głęboką wodę. Chcieliśmy bowiem przeskoczyć prawie 800 kilosów., w tym co najmniej 4 przeprawy promowe. Zbazować mieliśmy zamiar u Michała, jednego z tych ludków, dzięki którym podróżować chce się jak najczęściej. Zresztą podczas tej małej wycieczki bez przerwy trafiliśmy właśnie na takich.

Jak chociażby Arild, wyjątkowy kierowca z którym żegnaliśmy się trzykrotnie a i tak nas doganiał i zgarniał po drodze. Początek powrotnej drogi był więc niebanalny. Łącznie przejechaliśmy razem trasę z Hammerfest prawie do Trondheim jego wielką ciężarówką. Z małymi przerwami… Oczywiście nie było do do końca legalne, gdyż w kabinie podczas jazdy mogą znajdować się dwie osoby. Zresztą wbicie się na chodnik w środku miasta nie będąc przez nas zatrzymywanym i tamując jednocześnie uliczny ruch także nie było w pełni przepisowe. Istne szaleństwo. Jak zresztą cała, wyjątkowo żywiołowa jazda. Chwili gdy jadąc przez kolejne miasto wielotonowym wehikułem i słuchając na pełny regulator Smells like teen spirit się po prostu nie zapomina. Kocham takie akcje!

 

Oczywiście nie brakowało także momentow całkowicie spokojnych. Tak bardzo szaleństw już nie potrzebuje. Widziałem przecież wystarczająco wiele. Dzisiaj bardziej smakuje slowlife. A głód przygód i doświadczeń jest pod większą kontrolą. Ochota jednak by wyjść poza bezpieczną przystań będzie pojawiać się już pewnie zawsze. Gwarancja niesamowitych lekcji jest przy okazji murowana.

Mając wokół taką naturę tym bardziej. W tym kraju właśnie to intryguje mnie najmocniej.

norweska naturana północygdzieś na trasie

Pod tym względem znane są między innymi Lofoty.

okolice Reine - Lofotyokolice Reine - Lofoty

Tam właśnie pierwszy raz, pomimo czekającego na nas dachu nad głową uznaliśmy, iż nie po to taszczymy sprzęt biwakowy by z niego nie skorzystać. Tym bardziej, że na niebie zaczęło królować słońce. Po trzech tygodniach deszczu w tych stronach. Szczęście nieprzerwanie więc nam sprzyjało.
Tak więc zdecydowaliśmy się więc odbić trochę z trasy i rozbić na jakimś pustkowiu namiot. Tak też zrobiliśmy…

biwak na Lofotach

Niebo przykryło się już chmurami ale norweska pogodynka (yr) nie zapowiadała deszczu. Było więc dużo energii… Nawet jadący raz na godzinę samochód nie psuł nastroju. A przecież następnego dnia trzeba było się jakoś wydostać.
Pograliśmy w przeróżne gry, była muzyka… Taki mały raj…

Każdy czasem potrzebuje restu

A nocą zaczął padać deszcz… Optymizmu trochę ubyło. Nagłe poranne przejaśnienie i zwijamy graty. Po chwili ponowny deszcz wymusił szybsze tempo. Okazał się pomocny gdyż biegnąc pod pobliski taras zobaczyłem w tle nadjeżdżający pojazd. Pierwszy po godzinie. Idealnie! Po pięciu okazjach i jakichś dwóch godzinach byliśmy już u celu mogąc wskoczyć pod prysznic.

Wciąż Lofoty

Nie da się w krótkim tekście opisać wszystkich miejsc i sytuacji, które tego wymagają. Czy wszystkich ludzi wartych wspomnienia…

Zanim jednak dotarliśmy do naszego końcowego celu tej naszej przygody odbiliśmy na chwilę z trasy by zajrzeć do Tromsø.

dotarliśmy do Tromso

Następny poranek miał być wyjątkowo słoneczny. Tak więc piękna aura nie bardzo pozwoliła na dzień restowy. Zwolnimy trochę później. Mamy przecież tylko jedno życie…

SommarøySommarøySommarøySommarøy

A potem już ostatnia baza – Hammerfest. Najdalej na północ wysunięte miasto świata gdzie renifery chodzą po ulicach.

Hammerfest

Tam zatrzymaliśmy się u Martyny, która mieszka na tym krańcu wraz z córką Lusią.

Martyna z Lusią

Jakby nie było, ale młodsze towarzystwo było wszędzie miłe widziane. Spotkania tego typu były dla Lilki wyjątkowo potrzebne.

mieszkańcy FinnmarkSommarøyz Lusią w HammerfestNordkapp

Potem pozostały już tylko ostatnie kilometry. I Nordkapp, który tego dnia schował się we mgle. Przylądek Północny nawet przy pięknej pogodzie szału nie robi. Porywa jednak, gdyż jest najdalej wysuniętym punktem starego kontynentu. Dla wielu jest to wystarczający powód by tam pojechać. I w tym tkwi jego wyjątkowość. I dla nas, chociaż najistotniejsza jest droga, to jednak głównym celem także od początku był ten kraniec Europy.

NordkappNordkapp

Powrotna droga także upłynęła pod znakiem autostopu. Totalny drogowy czill się zrobił. Ilość przeżyć w pełni satysfakcjonowała, więc niczego nie potrzebowaliśmy już widzieć. Tak się jednak złożyło, że na moje pytanie czy będzie z drogi widać górę Stetind  (narodowa góra Norwegii btw.) kierowca uznał szybko – Możemy pojechac inną trasą i wtedy będziemy dosłownie w niej.

nad nami Stetind

Jeżdżąc stopem sytuację tego typu to norma. Ktoś przyspieszy by zdążyć na prom, ktoś zaprosi na lody, ktoś inny pojedzie naokoło… Dobrych ludzi nie brakuje. A potem, jeśli wciąż do końca się takim nie jest, to postępowanie w ten właśnie sposób staje się czymś naturalnym. A zresztą nic tak nie otwiera oczu jak podróże…

Tak więc chęć zarażenia takim stylem życia mojej córki jest bez wątpienia oczywista. Bez jakiejkolwiek presji i przymusu… A widząc każdego dnia jej uśmiech wiedziałem po prostu, że jej się podoba. I będąc już prawie w domu jechaliśmy obserwując wokół świat, gdy Lili stwierdziła nagle – Tato to są najlepsze wakacje mojego życia 🙂 Usłyszeć takie słowa od swojego dziecka… Bezcenne!

w drodze

I już wiem, że najlepsze dopiero przed nami…

na północy

2 myśli nt. „kiedy byłem mały zawsze chciałem dojść na koniec świata – autostopem na Nordkapp z siedmioletnią córką”

  1. Wspaniała sprawa mieć takiego tatę i taką córę 🙂 I takie wakacje! Jak dorobimy się dzieciaków, też mamy zamiar z nimi podróżować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *