drzemka

o jaki jestem rozpieprzony, rozpieprzony – powypadkowe impresje

 Mały poślizg znów się zrobił… A zresztą w głowie od czasu feralnego lotu jakoś tak inaczej. Taka lekka nowość, bo podobnego samopoczucia jeszcze nigdy nie zaznałem. 

 Lekarz ostrzegał, że po takim dzwonie coś na kształt depresji, to norma. Podobno połowa ludzi gdy budzi się z podobnej śpiączki, to ją łapie. Pomyślałem – dzięki, to nie dla mnie… Zresztą zawsze miałem o tej przypadłości wyobrażenia trochę inne. Wydawało się, że jeśli ktoś już łapie taką fazę, to idzie tak jakby na łatwizne. Bo nie chce się powalczyć.

Będąc w stanie wybudzenia, to raczej można było cieszyć się jak głupek. Lot z około 10 metrów mógł przecież skończyć się inaczej. W międzyczasie obejrzałem ot taki sobie dokument ( „Jestem Renata” ), gdzie dziewczyna pofrunęła z 7 metrów i dzisiaj śmiga na wózku. Więc fart daje do myślenia.

Zresztą pośród zebranych w ośrodku dostrzegałem w sobie same pozytywy. Trochę chyba poprzez porównywanie się do innych przypadków. Pod koniec pobytu wpadł jeszcze niedoszły samobójca. Na dodatek rodak więc nadawało się tak jakby na podobnych falach. Lekki portret psychologiczny szybko się wyrysował, ale i tak nie byłem w stanie dowiedzieć się co popycha niektórych ku tego typu krokom. Jaka odwrotność do mojego stanu. Tu koleś tonie we wkurwieniu, że znów się nie udało. Bo pech chciał, że to nie pierwsza próba… A ja czułem jakbym się znów narodził. Ten stan powoli jednak mijał. Jakoś tak zaczęło być pod górke. Na święta wypuścili do chaty, a tam dziwny wkroczył nastrój. Zaczęło dominować zmęczenie. Jak nigdy…

Depresją bym tego nie nazwał. Chociaż uwięziony w chaci momentami czuje jak mi gdzieś spieprza mój najlepszy czas. Czyli moją przypadłość można by określić jak FOMO – fear of missing out – lęk przed tym, że coś mnie omija.

Chociaż załączył się dziwny leń, to nosi mnie na maksa. A najgorsze, że mam przed sobą jeszcze bliżej nie określony czas na dupie. Przynajmniej nadrobię zaległości kinowe. Taki filmowy maraton ostatnio miałem chyba z 15 lat wstecz. I większość to powtórki. To co kiedyś mnie poruszyło teraz tak jakby czas przypomnieć. Więc jadę, głównie nocami. A aparatu prawie nie tykam. Cóż, mówi się życie… Ale pomysłów nie brakuje…

Przynajmniej to doświadczenie nauczyło, że towarzystwo trzeba uważniej dobierać. Tym bardziej gdy gra się o trochę wyższą, bardziej ryzykowną stawkę.

Nie ma się co oszukiwać, pojechałem niezbyt optymistycznym tonem, ale jakoś tak ostatnio nachodzi mnie na podobny klimat. Na szczęście tylko chwilami… Z reguły jednak przewaga satysfakcji z bycia tatą pełną gębą…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *