pozjeżdżać trochę u sąsiadów – z dechą na Chopok

Z niemałym trudem dochodzący do skutku, ciężko wywalczony, a w efekcie, już na miejscu obfitujący w komplikacje… Jakaś zapomniana deska, czy czasowy poślizg na gondole, owocujący pozostaniem “nie po tej stronie góry”.

Czyli jak każdy tego typu, zawsze  trwający za krótko, wypad na słowacki Chopok.

Na zdjęciach ułamek, taka mała cząstka tych naszych snowboardowych szaleństw i poszukiwań wymarzonego puchu. Czytaj dalej pozjeżdżać trochę u sąsiadów – z dechą na Chopok

uszczknąć z marzeń choćby spacer

Wydawać by się mogło ze dwa miesiące urlopu to sporo. Że to niby świat można by było w tym czasie zwojować. I taki też był plan. A raczej szereg planów w stylu “czego to ja nie zdziałam”… Podsumowując jednak ten okres próbuje odpędzać myśli, że był to czas stracony. Co jednak, wobec ogromu niezrealizowanych pomysłów wydaje się całkiem normalnym tokiem rozumowania. Tak więc rzeczywistość znów sprowadziła mnie na ziemie. A miał być taki mocny sezon w zimowym wspinie. Ktoś tam nie miał czasu, ktoś złamał rękę  albo warunki jakieś nie tego… A na solówkę nie bardzo mogłem się zebrać, lub raczej poddawałem się zbyt łatwo na ogólne “nie”, którymi zawsze jestem raczony, gdy tylko rzucam hasło, że ruszam. Tak więc trzeba się było zadowalać namiastką, w postaci okazjonalnych wyskoków z deską, gdzieś na krynickie stoki. Lub spacerem wokół domu… Wniosek – nie planować! Czytaj dalej uszczknąć z marzeń choćby spacer

póki mamy jeszcze czas, póki młodość mieszka w nas – końcówka hiszpańskiego tripu

Czas ostatnio płynie szybko. Z roku na rok jakby szybciej. Zresztą dni ciągnęły się ostatni raz chyba jeszcze w szkole. Później lata stawały się mrugnięciem. Jak każde wakacje, które zawsze trwały krócej niż by się chciało. Dni uciekają. Ubywa też tej tak zwanej “młodzieńczej werwy”. Kiedyś było się nie do zarąbania. Dziś twarz ukazuje coraz częściej zmęczenie.

Licząc na relaks i odpoczynek na tym wyjeździe, to się jednak przeliczyłem. Mimo iż jakoś specjalnie nie pędziliśmy, bez opamiętania, przed siebie, by zobaczyć jak najwięcej, bo z dzieckiem się przecież tak nie da, to jednak zbyt wiele czynników utrudniało ładowanie baterii. Oczywiście jeszcze nie byłem na wypadzie, który nie byłby tego wart, choćby nie wiem jak “pod górę”. Bo paradoksalnie, gdzieś podświadomie, to nawet wolę by tak było. Trochę trudniej, węższą, bardziej wyboistą ścieżką do celu. Czy kierując się gdzieś zaczerpniętą z dzieciństwa maksymą, że “im gorzej tym lepiej”. Czytaj dalej póki mamy jeszcze czas, póki młodość mieszka w nas – końcówka hiszpańskiego tripu